sobota, 28 kwietnia 2012

Bahrain Foto

Kilka zdjęć zrobionych z dachu Al Fateh tower w ubiegły weekend, podczas basenowych relaksów, w przerwie pomiędzy wyścigami F1:





Widok na dzielnicę dyplomatyczną, północna część Manamy

czwartek, 26 kwietnia 2012

Sklepy z alkoholem

Całe szczęście Arabia Saudyjska to jedyny (?) kraj na Bliskim Wschodzie, gdzie panują restrykcje w zakresie zakupu czy konsumpcji alkoholu. O ile w tygodniu skupiony na pracy (Sic!) Saudyjczyk o alkoholowych przygodach raczej nie rozmyśla, o tyle w weekend można już zapomnieć o wyznaniu, przekonaniach religijnych, obowiązkach i… jechać się napić.

(bardzo przepraszam, jeśli powyższa wypowiedź obraża czyjeś przekonania, ale prosiliście mnie w komentarzach o podjęcie próby zrozumienia kultury tutaj panującej – tak więc rozumiem, że człowiek, bez względu na wyznanie czy przekonania, pokusom ulega – zupełnie nie przekonuje mnie natomiast hipokryzja, która się wokół tego problemu rozwija – i chyba nie chcę zrozumieć… - ten specyficzny stan równowagi pomiędzy zakazami w Arabii Saudyjskiej a przywilejami dostępnymi dla Saudyjczyków w Bahrajnie jest chyba wszystkim na rękę).



W Bahrajnie alkohol można kupić w kilku (sporych) sklepach, w zasadzie hurtowniach alkoholowych. W odróżnieniu od Dubaju czy Kataru, nie potrzeba mieć specjalnego pozwolenia na spożycie (tzn. być licencjonowanym alkoholikiem). Tutaj może każdy. Polecam jednak zakupy robić o bardziej rozsądnej porze niż w czwartkowy wieczór, kiedy kolejka chętnych do spożycia mieszkańców (i alko-turystów) jest tak długa, że na wejście do sklepu trzeba czekać po kilkanaście minut.

W ciągu dnia nie ma problemu. Produkt alkoholowy, choć drogi, jest tutaj ogólnodostępny dla każdego, kto wygląda na starszego niż 18 lat. Ciekawostka, że butelka wyniesiona ze sklepu opakowana musi być w czarną, nieprześwitującą torbę foliową – ot, żeby nie było widać co jest w środku. Torba ta jest na tyle charakterystyczna, że nie pozostawia złudzeń. Wszyscy wiedzą co jest w środku…

PS. W Bahrajnie nie brakuje klimatycznych miejsc, barów i restauracji, w których do ciekawie przyrządzonych dań można zażyczyć sobie praktycznie każdy znany ludziom trunek.

PS2. Pozdrowienia dla Polonii w Bahrajnie - "dzieci niczyich", jak usłyszałem (nie wiedziałem, że jest nas aż tyle).

F1 w Bahrajnie (II)

To był szalony tydzień. Zaczęło się od przyjazdu M. i okolicznościowej imprezy. Pierwszy toast za to, że odprawa na lotnisku nie zajęła nawet 10 minut (dla odmiany, bo w ubiegłym roku M spędził ponad 20 godzin na lotnisku, czekając na przeprocesowanie się wizy w systemie imigracyjnym).



Przygotowania do Formuły 1 były na ustach wszystkich w Bahrajnie przez ostatnich kilka miesięcy. Do ostatnich chwil środowiska antyrządowe nawoływały do bojkotu imprezy. W mediach pojawiały się nawet wypowiedzi niechętnych do przyjazdu kierowców F1.

Praktycznie na każdym dużym skrzyżowaniu widać było białe tabliczki, na których od 2 tygodni ktoś podmieniał numerki z ilością dni pozostałych do rozpoczęcia się imprezy. Z centrum miasta jak i z okolic lotniska zniknęły wszystkie punkty kontroli pojazdów, zorganizowane na szybko zaraz po ubiegłorocznych zamieszkach. W mieście było zupełnie spokojnie. Z punktu widzenia zwykłego kibica, który nie błądził nigdzie poza oficjalnymi duktami drogowymi – zero problemów. Niestety, tu i ówdzie było widać palące się opony (Sitra, Riffa). W piątek wieczorem, w okolicy bazy wojskowej USA ktoś porzucił samochód z podejrzanym pakunkiem korkując na moment najbardziej amerykańską (i imprezową) część wyspy - Juffair. Czuć było pewnego rodzaju napięcie, ale siły porządkowe nie dopuściły do tego, żeby cokolwiek zakłóciło wyścigi.



Cała impreza zorganizowana była wzorowo. Nigdzie nie trzeba było na nic czekać, wszystko było perfekcyjnie oznakowane, kolejek do toalet brak. Kontrola wjeżdżających aut nie powodowała nieskończonych zatorów drogowych, a przejście przez iście lotniskową kontrolę bagażu „podręcznego” zajmowało niecałe 5 minut. Na trybuny nie wolno było wnosić butelek, toteż wszyscy musieli nosić wodę w plastikowych kubkach – co w połączeniu z tłumem i wąskimi przejściami między plastikowymi krzesełkami powodowało, że co chwilę ktoś miał zimny prysznic… Na terenie kompleksu wyściowego czuć było jedynie atmosferę sportowej rywalizacji. I nie przeszkodził nawet deszcz padający na godzinę przed finałami F1 w niedzielę.


Zdjęcie zapożyczone od koleżanki J. z FB :)

Kulminacyjnym punktem show przedwyścigowego jest przelot samolotu Gulf Air (o ile się nie mylę to A330, ale pewnie F. mnie za chwilę poprawi) tuż nad głowami kibiców. Wrażenie jest o tyle niesamowite, że w chwili, kiedy samolot powoli zbliża się do trybun wszyscy milkną i przez krótką chwilę nie słychać niczego, poza mrukiem zbliżających się silników odrzutowych.





Polski akcent na zawodach to uczestnictwo naszego zespołu Verva Racing Team startującego w Porsche Cup.





To tyle z wrażeń torowych. Ale nie tylko na torze było gorąco. Piątek, sobota i niedziela upłynęły pod znakiem niezliczonych imprez towarzyskich w Manamie. Junior Jack w Coral Bay, Fashion TV Show w Bushido, DJ Tamara Sky w Klub360 czy finałowa impreza Hedkandi (jeszcze raz Coral Bay) to tylko niektóre z głośnych eventów, które wieczorami dostarczały rozrywki turystom.

W dwóch słowach – Brawo Bahrajn!. Udało się zorganizować bardzo dobrą i chyba najczęściej komentowaną w mediach imprezę międzynarodową, z Formułą 1 w tle. Nie oznacza to jeszcze, że Bahrajn wyszedł na prostą i zaczął funkcjonować jak dawniej – ale wydaje się, że wszystko jest już na dobrej drodze żeby ten mały kraj zaczął odrabiać straty i przyciągać turystów / inwestorów / pracowników z całego świata...

niedziela, 15 kwietnia 2012

F1 w Bahrajnie

Już za kilka dni rozpocznie się szał samochodowych igrzysk w najmniejszym państwie na Bliskim Wschodzie. Na każdym kroku widać logo UNIF1ED. Królestwo za wszelką cenę chce pokazać światu, że wszystko tam u nich jest w porządku. Ilość imprez towarzyszących przyprawia o zawrót głowy, tym bardziej nie mogę się doczekać nadchodzącego weekendu. Obywatele Europy pragnący przyjechać do Bahrajnu na ten weekend muszą posiadać ze sobą ważny bilet wstępu F1 – na jego podstawie dostają wizję wjazdową. Polski to niestety nie dotyczy (w sumie w Europie jesteśmy od niedawna). Polacy muszą mieć lokalnego sponsora albo rezydenturę w jednym z krajów GCC (Gulf Cooperation Council) żeby móc wjechać.


http://www.bahraingp.com/Pages/default.aspx

Ktoś się wybiera?

sobota, 14 kwietnia 2012

Dlaczego on tak marudzi...

Koniec końców musiałem spędzić na lotnisku trochę czasu to... pomarudzę.

Arabia Saudyjska to kraj ogromnych możliwości o praktycznie nieograniczonym (finansowo) potencjale rozwoju. Dziwi więc fakt, że w pewnych dziedzinach poziom życia jest niższy niż w najbiedniejszych krajach afrykańskich. Na lotnisku w Akrze (nie wiem czy poprawnie odmieniłem nazwę stolicy Ghany) w przypadku opóźnienia lotu obsługa proponuje jakąś rekompensatę, chociażby w formie zimnego napoju. W Rijadzie w obliczu katastrofy pogodowej informowani jesteśmy, że za "30 minutes" odbędzie się boarding.

Oczywiście boarding nie nastąpił, a ilość pasażerów z każdą godziną rosła, a wszystkie tablice informacyjne wyświetlały komunikaty o planowanych odlotach jakby nic specjalnego się nie działo.

Marudzę? Pewnie tak, ale tylko dlatego, że jest to ogromne lotnisko, które rządzi się dokładnie tymi samymi prawami, co każda inna saudyjska instytucja, czyli w skrócie: "a co mnie to obchodzi". Lotu nie było. Informacji też nie. W pewnym momencie na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja o tym, że mój lot... odleciał. Chłopaki z centrum informacji pracowali tego wieczoru całkiem prężnie (dwóch niewysokich Saudyjczyków kontra kilka tysięcy sfrustrowanych pasażerów, którzy w obliczu dezorientujących informacji musieli się kogoś spytać "co dalej?"), jednak i tak na informację trzeba było czekać w dzikim tłumie około 10 minut... Wykonanie połączenia z komórki graniczyło wieczorem z cudem. O Internecie nawet nie wspominam...


Mój lot "odleciał" 20 minut temu... inne loty są "on time"

Swoją drogą - nawet nie zdajecie sobie sprawy jak irytujące jest oglądanie tablicy ogłoszeń, która co 5 sekund pokazuje zdjęcie lotniska zamiast rozkładu...

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Pasażerów traktuje się tutaj jak bydło. W obliczu braku jakiejkolwiek konkurencji w transporcie samolotowym nie ma potrzeby wychodzić frontem do klienta. Przecież i tak wróci (wyjścia za bardzo nie ma). Arabię Saudyjską stać na zorganizowanie lotniska na światowym poziomie. Budują największe na świecie uniwersytety, stadiony i centra finansowe z niespotykanym w żadnym innym miejscu rozmachem (o tym niedługo), a usługi lotniskowe świadczone są na poziomie tak niskim, że po prostu brak słów.

Lotniskowe przemyślenia

Tym razem wywnętrzę się z okazji oczekiwania na lotnisku w Rijadzie. Kilka wolnych chwil zawdzięczam fatalnym warunkom atmosferycznym, które objawiły się czymś w rodzaju burzy piaskowej skrzyżowanej z deszczem. Port lotniczy aż kipi od niecierpliwych, oczekujących na samolot pasażerów. Informacji oczywiście brak. Telewizory wyświetlające godziny odlotów pokazują czarno na białym - "ON TIME" przy wszystkich lotach. Problem w tym, że powoli zaczyna tutaj brakować miejsca do siedzenia. Ciekaw jestem czy sytuacja się poprawi, czy będę musiał tutaj spędzić noc.

Z Waszych komentarzy wynika, że kształtuję obraz Arabii Saudyjskiej jako kraju zamkniętego, nieprzyjaznego, czasem groźnego. To nie jest tak do końca... tak. Saudyjczycy z jakiegoś dziwnego powodu mają spory respekt do mieszkańców Europy czy USA. Przejawia się to w wielu miejscach. Przez tych kilka spędzony tutaj lat nigdy nie zdarzyło mi się być "zaczepionym" przez słynną policję religijną. Tak naprawdę to nie przypominam sobie, żebym przedstawicieli tej profesji widział gdzieś indziej niż tylko na zdjęciach w Internecie. Wprawdzie niczyich uczuć religijnych nie obrażam, nie wdaję się w dyskusje o podłożu religijnym ani nie noszę "krzyżyka", ale jakoś nie wyobrażam sobie żeby posiadacz biznesowej wizy w Arabii Saudyjskiej mógł mieć jakiekolwiek problemy z tytułu bycia "niewierzącym". W najgorszym razie a jakieś bardzo nieszczęśliwe faux pass taki osobnik zostałby upomniany. Tak przynajmniej to wygląda z mojego punktu widzenia.

Tymczasem odliczam dni do końca mojego kontraktu, bo nie zniosę kolejnych Świąt Wielkanocnych z dala od domu, z dala od rodziny, siedząc w pracy, bez możliwości spróbowania świątecznego mazurka...

czwartek, 5 kwietnia 2012

O co chodzi z tymi numerami na szybach?

Korzystając z chwili spokoju (!) czekając na wyjazd z parkingu pod lotniskiem w Rijadzie, opisze o co chodziło w zagadce dla spostrzegawczych.

Numer na szybie to PIN komunikatora BlackBerry (bardzo ładnie ktoś zauważył w komentarzach – to taki numer gadu-gadu, pozwalający na przesyłanie krótkich wiadomości tekstowych do innych użytkowników telefonu Blackberry z aktywną usługą „chat”) – ot, bardziej wyrafinowana i modniejsza forma wysyłania wiadomości SMS. System jest o tyle fajny, że nadawca jak i odbiorca, wymieniwszy się numerem PIN, pozostają praktycznie anonimowi…

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Coś, co dla wychowanych w kulturze Zachodu ludzi jest normalne, tutaj urasta do rangi problemu. Młody, zdrowy Saudyjczyk nie ma możliwości podejść do spotkanej na ulicy dziewczyny i wyciągnąć jej na randkę (abstrahując od kwestii tego, że nie bardzo by było gdzie iść, to kultura po prostu nie zna takiej procedury zawierania znajomości). Nie ma też możliwości poproszenia spotkanej kobiety o numer telefonu. Bez wnikania w uwarunkowania kulturowe napiszę tylko, że rodzina dziewczyny mogłaby mieć coś przeciwko takiemu stanu rzeczy.

Dlaczego więc młodzi Saudyjczycy tatuują sobie prawą szybę numerem Blackberry? Odpowiedź znajdziecie pod wejściami centów handlowych. Dzieją się tam ciekawe sceny. Grupy młodych kobiet, w oczekiwaniu na taksówkę/mężów/braci (generalnie samochód, który podjedzie, żeby je „zgarnąć” – towarzyszy temu przy tym rytuał ekspozycji auta na podjeździe każdego centrum), całkiem przypadkowo narażone zostają na kontakt z przejeżdżającym powoli „oznakowanym” pojazdem. Co się dzieje dalej i czy taka metoda „podrywu” w ogóle działa – nie wiem. Nie raz byłem świadkiem takiej sytuacji – niedowiarków zapraszam w każdy weekend na czerwony dywan pod centrum Faisailiah… Ilość aut turlających się przez wjazd do centrum handlowego w godzinach nocnego szczytu jest kosmiczna. Korek jest gigantyczny. I tylko jeden na cztery samochody (na oko) faktycznie kogoś zabiera. Reszta potęguje tłum.

Teraz już wiecie, dlaczego ginąca marka BB tak szybko nie zniknie z rynku Arabii Saudyjskiej. Nawet dziś, w dobie iPhone-a, większość kawalerów posiada dwa telefony, z których drugi to poczciwe BB.

Z innych form podrywu Saudi-Style można wymienić sposób na Bluetooth. Jeśli wasz telefon pozwala się „parować” w celu komunikacji (Nokia lub znów Blackberry), to włączcie Bluetootha i przejdźcie się pomiędzy półkami sklepu z książkami czy innym podobnym spokojnym miejscu (np. Jarir Bookstore lub spokojnie usiądźcie sobie w części fastfoodowej pierwszego napotkanego centrum handlowego). W życiu nie widziałem na wyświetlaczu telefonu komórkowego tylu aktywnych urządzeń Bluetooth nagromadzonych w jednym miejscu!

wtorek, 3 kwietnia 2012

Just Do It tomorrow

W nawiązaniu do Insha'Allah – widać i mieszkańcy Arabii dostrzegają pewien problem i starają się podejść do sprawy z humorem:

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Zagadka dla spostrzegawczych

Pytanie do znawców kultury arabskiej – czy wiecie co to za magiczny numer (a w zasadzie ciąg znaków) widnieje na bocznej szybie tego auta? I jaki błąd taktyczny popełnił kierowca nie naklejając tego od strony pasażera?



Dorzućcie swoje pomysły w komentarzach – może ktoś wpadnie. Za kilka dni opiszę temat szerzej.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Śmietnik

Temat długi jak rzeka i już kilkakrotnie przeze mnie poruszany. Ale wciąż nie mogę nad tym przejść do porządku dziennego. Siedzę sobie na lotnisku w Rijadzie rozmyślając co mnie dziś ciekawego spotka. Port lotniczy jest jednym z tych niewielu miejsc, gdzie naprawdę nie trzeba bardzo się starać, żeby zlokalizować kosz na śmieci. Obok mnie zasiada mieszkaniec Królestwa w stroju tradycyjnym. W dłoni ma kawę i kilka saszetek cukru. Po chwili rozdarte saszetki (nie do końca opróżnione) lądują na podłodze. Jegomość zrobił to tak dyskretnie, że nawet nie zauważyłem kiedy rozdarte papierowe opakowania spadły na ziemię. Równie dyskretnie zrobiłem mu więc fotkę i przeszedłem do obserwacji. Bezczelnie, patrząc się na niego, to na podłogę.

Zauważyłem jednak, że jegomość poczuł się tym gestem mocno skrępowany. Jakby było mu wstyd. Zacząłem mu się więc bacznie przyglądać, wzbudzając jednocześnie jego niepokój. Szybko dokończył kawę i pusty kartonowy kubek odstawił szybko na podłodze na wysokości pięty. Kątem oka zauważyłem, jak delikatnie wsunął lewą nogą papierowy kubek pod siedzenie patrząc się jednocześnie w sufit! Następnie wstał i powędrował w stronę żony i dizeciaka, bawiących się osobno po drugiej stronie poczekalni. Tyle zachodu, tyle ukrytego wstydu żeby „tylko” naśmiecić…

Kilka minut później przyszedł chłopak sprzątający (na oko obywatel Pakistanu lub Indii) i pozbierał papierki, nagimnastykował się przy tym żeby wyciągnąć kubek po kawie spod fotela w poczekalni.

Do dziś mnie ciary przechodzą jak widzę uchylające się okno w samochodzie i wyrzucane papierki po snickersie czy puszkę po 7up. I patrząc na okolicę wydaje mi się, że jestem jedyną osobą, na której robi to jakiekolwiek wrażenie.

czwartek, 22 marca 2012

Ar'ar (Foto)

Z pewnością nie jest to najbardziej reprezentatywne ze wszystkich miejsc w Arabii Saudyjskiej, ale zrobiłem kilka zdjęć, bo jest tu (przynajmniej dla mnie – białego człowieka, który na co dzień przebywa w Rijadzie) szalenie… egzotycznie!


Dziki Wschód?


Marki takie jak Playstation są znane wszędzie - w tle jeden z większych sklepów dla lokalnych "graczy"...


Osobiście za wielbłądami nie przepadam. Tutaj traktowanie je się dość brutalnie. W tle coś, co przypomina wielbłądzi bazar.


i wszędzie pickupy nissana…


Najczęściej spotykany pojazd ciężarowy w tej części świata (niezawodny, praktycznie niezniszczalny i wszędzie dojedzie bez względu na warunki).


Piękna pustynia: Jedno wielkie wysypisko plastikowych butelek, torebek foliowych i opon.


To, jak mniemam, sztuka nowoczesna jest.


Raz na rok, w sąsiadującym na północy Iraku, pada taki taki deszcz, że przez Arar przepływa rzeka. Znudzeni ciągłym odbudowywaniem miasta mieszkańcy postanowili uregulować jej bieg. W tle pusty o tej porze roku kanał przecinający miasto dosłownie w poprzek.

Na koniec kilka przykładów niskiej zabudowy osiedlowej. Wszystkie domy otoczone są murami nierzadko sięgającymi drugiego piętra. Większość domów jest szara, smutna, bez wyrazu – ale zdarzają się też estetyczne rodzynki. Kilka z nich poniżej:





niedziela, 18 marca 2012

Bez wizy do Arabii, panie Lisewski?

Podpytałem kilka osób a Arabii czy słyszeli o panu Lisewskim i jego próbie przepłynięcia Morza Czerwonego na kajcie (proszę o wybaczenie jeśli powinienem użyć innego technicznego określenia do tego sportu – nie znam się na deskach z żaglami). Nikt nic nie słyszał… ciekawe, bo sprawa dość głośna w Polsce. Okazuje się jednak, że nie tutaj. Akcja ratownicza przeszła w mediach bez większego echa. Szum medialny pewnie by był, gdyby mu się udało, bo zgodnie z prawem do Arabii bez wizy raczej się nie da tak po prostu wjechać. Nasza ambasada w Riyadzie dopiero miałaby pełne ręce roboty, gdyby sportowiec chciał spróbować opuścić legalnie ten kraj. Nie mniej widać, że Pan Lisewski niewiele wie o panujących tu zwyczajach (i prawie imigracyjnym), podobnie zresztą jak o GPSie, którego używał…

40 baryłek per capita…

W dzisiejszym wydaniu Arab News przeczytałem ciekawy felieton o problemie, który zauważają niektórzy mieszkańcy kraju, w którym cena litra paliwa wynosi w przeliczeniu 0,16 dolara. Powoli Saudyjczycy zaczynają dostrzegać, że zużycie paliwa per głowa w Arabii Saudyjskiej wynosi ponad 4 razy więcej niż w USA czy Japonii i nie jest to sytuacja do końca normalna w skali światowej. Przytoczona statystyka wspominała o zużyciu 40 baryłek ropy (1 baryłka = prawie 159 litrów) na mieszkańca Arabii na rok, wobec 9,5 baryłek w USA czy 5 w Japonii. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka – zaczynając od najbardziej oczywistego, którym jest cena, kończąc na takich tematach jak zupełny brak transportu publicznego czy uzależnienie sektora energetycznego od ropy naftowej (wprawdzie rozpoczęto już planowanie budowy elektrowni jądrowej w SA, ale od planu do wykonania jeszcze daleka droga).

Na dodatek bezlitosna statystyka pokazuje, że wzrost konsumpcji ropy naftowej jest zaskakująco wysoki (o ile dobrze pamiętam, to 0,9 baryłki per capita na rok – zgodnie z artykułem, w innych krajach wzrost jest na poziomie błędu statystycznego). Jednym słowem – korki w dużych miastach są coraz większe i nikt nie myśli o komunikacji zbiorowej z prawdziwego zdarzenia.

Nie wiem czy przyzwyczajonemu do paliwożernych silników V8 społeczeństwu uda się zrozumieć konieczność oszczędzania benzyny. O argumentach z rodzaju „ochrona środowiska” w ogóle nikt nawet nie myśli – w końcu środowiska tutaj nie ma – pustynia pochłania wszystko, co się na niej znajduje. Ciekaw jestem czy temat ten znajdzie jakieś echo w mediach, czy przeminie bez echa, jako kolejny list nadesłany do redakcji pisma czytanego tylko przez obcokrajowców nierozumiejących języka arabskiego ;)

Arar...

W Rijadzie jest ostatnio bardzo wietrznie. Pogoda w kratkę – jak wieje, to znaczy, że lada moment zmieni się temperatura – wprawdzie pula zjawisk atmosferycznych o tej porze roku jest tu dość ograniczona, ale mimo wszystko codziennie daję się zaskoczyć. Albo burza piaskowa, albo gorąco (30 stopni) i sucho, albo zimno, bo nawiany kurz kompletnie zasłonił słońce i momentalnie robi się zimno. Zadziwiające jest, że samoloty startują w taką zakurzoną pogodę bez większych trudności. Dziś miałem okazję przelecieć się do położonej na północy, niedaleko granicy z Irakiem miejscowości Arar. Na lotnisku w Rijadzie bałagan jak zwykle – na bilecie widnieje numer gate-u 36, na tablicy ogłoszeń 32, a samolot zaparkowany jest przy 37. Oczywiście w informacji uparcie twierdzą, że mam się stawić do 36, gdzie trwa już odprawa do innego lotu. Zadziwiające jest, że na wszystkich tablicach ogłoszeniowych informacja o odlotach prezentowana jest w dwóch językach na przemian z… reklamami. Nie wiem czy jest coś bardziej frustrującego od gapienia się w 30 calowy telewizor kineskopowy, na którym przewija się drobnym maczkiem rozmazana lista odlotów – najpierw w języku arabskim (30 sekund), następnie w języku angielskim (10 sekund), a następnie pojawia się reklama lub informacja o lotnisku - w języku arabskim, więc strzelam tylko, że pewnie chodzi o coś w zasadzie autopromocji lotniska.

Wyobraźcie sobie, że spieszycie się na samolot, a zamiast rozkładu jazdy wyświetlają wam reklamę proszku do prania… Paranoja jakaś. Ale udało się. Wyleciałem. Biznes klasą, dla odmiany (oczywiście zdobycie w Arabii Saudyjskiej biletu na lot krajowy z wyprzedzeniem mniejszym niż dwutygodniowe graniczy z cudem, więc podjęto decyzję o locie biznesem…).


Tak wygląda Półwysep Arabski z okna samolotu w trakcie trwania burzy piaskowej… Prawda, że ciekawy widok?

“Panie i panowie, witamy w Arar, czas lokalny to 8:50, temperatura na zewnątrz wynosi 1 stopień Celsjusza” - taki komunikat wygłosiła dziś rano stewardessa. Zdziwienie z mojej było o tyle duże, że jak wróciłem przedwczoraj z Polski do Arabii, zostawiłem w mieszkaniu zarówno zimową kurtkę, jak i czapkę. Duży błąd. Lotnisko w Arar jest tak małe, że port lotniczy w Pyrzowicach przy nim to ogromny port lotniczy (ale jest!). Samolot parkuje pod samym wejściem do terminala odpraw/przypraw(?), odbieramy bagaż, bierzemy samochód, bo nie ma żadnych taksówek i jedziemy pracować... c.d.n.

piątek, 24 lutego 2012

Single Section...

Każda restauracja, fast food czy nawet najmniejsza kafeteria musi posiadać dwie niezależne sekcje – rodzinną oraz „dla mężczyzn”. Paranoja natury seksualnej jest na tyle daleko posunięta, że można tutaj spędzić nawet pół roku i nie zobaczyć twarzy kobiety. Z jakiegoś powodu każdy mieszkaniec tego kraju chce w jakiś sposób uzasadnić ten stan rzeczy przed świeżo przyjezdnymi – w związku z tym nie raz słyszałem argumenty, że kobiety są tu po prostu tak piękne, że trzeba je trzymać pod kloszem, bo mężczyźni wariują na ich widok. Mnie wychowano w przekonaniu, że przed światem powinno się chować jedynie rzeczy, na które patrzeć nie chcemy, a wszelkie rodzaje piękna się ukazuje. Nie tutaj.

c.d.n.

czwartek, 23 lutego 2012

Z początku...

Z początku było dość trudno przyzwyczaić się do tego, że kilka razy dziennie, zwłaszcza popołudniami i wieczorem, ciężko jest cokolwiek załatwić, kupić, czy chociażby wejść do restauracji. W końcu w czasie modlitwy wszyscy powinni się modlić, bez wyjątków. Toteż każdy, nawet najmniejszy punkt usługowy zostaje zamknięty. Czasem na 20 minut, czasem na trzy kwadranse – nie ma tutaj żadnej reguły. Na szczęście nikt nigdy nie zmuszał mnie do nawrócenia się czy chociażby odwiedzenia meczetu, nie mniej posiadam w domu pokaźnych rozmiarów bibliotekę wydawnictw lokalnych przeznaczonych dla innowierców. Wśród nich tytuły takie jak: „Jak żyć?”, „Jezus jest też naszym prorokiem”, czy „Święte cytaty z Koranu”. Wszystko po angielsku. Wszystko to otrzymywałem przez ostatnie miesiące w geście przyjaźni…

c.d.n.

niedziela, 12 lutego 2012

Naklejki

O arabskim podejściu do motoryzacji pisałem już sporo i pewnie powiecie, że się powtarzam, ale jakoś ten jeden temat nie daje mi spokoju najbardziej. O ile do zasłoniętych kobiet i serenad z minaretów o 4 nad ranem idzie się jakoś przyzwyczaić, o tyle zawsze kiedy widzę samochód, na którego szybach przyklejone są naklejki producenta/dystrybutora opisujące wyposażenie samochodu (często w kilkuletnim już aucie, pomarszczone od słońca i częściowo wyblakłe), przechodzi mnie dreszcz.

Kojarzycie pewnie jak stojące w salonie auto na przedniej szybie przyklejoną wielką kartkę z ceną i wyposażeniem? Często kartka ta jest na tyle duża, że kompletnie zasłania widoczność przez przednią szybę. Nie mniej – tutaj wozi się ją do czasu, aż sama nie odpadnie…



Cena powyższego marquissa: $ 22.900. Szalenie nieekonomiczne auto.



Miejsce dostarczenia powyższego Nissana - Dammam, cena: $18.000, wyposażenie AAA
- wszystko na przedniej szybie...

Jeszcze jedno – w tym kraju się w autach nie sprząta, więc większość samochodów wyjeżdża z salonu nie tylko z naklejkami na szybach, ale i z folią na siedzeniach. Folii tej nie zdejmuje się do czasu, aż robiące się w niej dziury nie przeszkadzają w swobodnym wysiadaniu z auta…



Ten jeszcze nie zdjął folii. Model 2010.

piątek, 10 lutego 2012

No kissing or overt displays of affection

Taki poster widnieje na wejściu do największego centrum handlowego w Bahrajnie.



Oprócz zakazu palenia, picia i wprowadzania zwierząt, na terenie centrum obowiązuje zakaz publicznego okazywania uczuć.

I zakaz działa – nie spotkamy tutaj Saudyjczyków trzymających się za ręce…

czwartek, 9 lutego 2012

Foto (2)

Egzotyczny sklep z zegarkami ustrzelony na Olaya road:



I ciąg dalszy widoku z 16 piętra na zatłoczone ulice beżowego Riyadu:

Przeprawa graniczna

Królestwo Bahrajnu to mały kraj, o którym głośno było w ubiegłym roku podczas ubiegłorocznych zamieszek. Na położoną ponad 20 km od wybrzeża Arabii wyspę da się jednak dostać samochodem, a to dzięki temu, że w latach 80tych otwarto most i przeprawę graniczną łączącą dwa kraje. Przeprawa nosi nazwę King Fahad Causeway, została oficjalnie otwarta do użytku w 1986 roku (za Wikipedią) i jest chyba jedną z najdroższych inwestycji tego typu na świecie. Dwadzieścia pięć kilometrów wystarczy, żeby wszystkie saudyjskie zakazy przestały obowiązywać… W każdą środę wieczorem tysiące - jeśli nie dziesiątki tysięcy – alkoholowych turystów obiera kurs na wschód, żeby zażyć odrobiny wolności (nie mówię tu tylko o alkoholu – w Bahrajnie są też piękne kina, ekskluzywne restauracje i… plaże!).

W normalny dzień przeprawa zajmuje około godziny. Przedostać się można wyłącznie samochodem. Na początku dostajemy papierek celny z pieczątką oznaczającą ilość pasażerów na pokładzie pojazdu, którym podróżujemy. Po stronie Saudyjskiej pojazd należy dodatkowo zarejestrować w systemie obsługi granicznej, co by usprawnić obsługę administracyjną przeprawy. Po dwóch kontrolach paszportowych oddzielonych weryfikacją ilości pieczątek na wspomnianej karteczce, następuje kontrola bagażnika - czasem wystarczy głębokie spojrzenie w oczy, żeby celnik machną ręką i powiedział „go”. Jeszcze tylko dodatkowe ubezpieczenie samochodu i jesteśmy po drugiej stronie. Obywatele Saudyjscy restrykcji wjazdowych nie mają. Posiadacze saudyjskiej karty stałego pobytu muszą posiadać wizę wyjazdową/wjazdową do Arabii i z tego co wiem, na tej podstawie można do Bahrajnu wjechać jako turysta. Weekendowy turysta.



Ja dodatkowo „turystycznie” wynajmuję mieszkanie w Bahrajnie, więc mój paszport powoli zaczyna się kończyć. Pieczątka musi być… więc co tydzień w paszporcie przybywa mi 6-8 nowych…



Poszczególne bramki, przy których należy się zatrzymać i pokazać dokumenty, oddzielone są w miarę szerokimi przestrzeniami, na których sfrustrowani kierowcy nierzadko całymi godzinami oczekują na kontrolę. Wczoraj popołudniu z powodu awarii systemu komputerowego po stronie Bahrajnu, wstrzymano całkowicie odprawę na około dwóch godzin. Rezultat był taki, jak by się można spodziewać: ogromny parking samochodowy, wypełniony rozgrzanymi do czerwoności Saudyjczykami, opartymi o klakson (serio). Oni naprawdę myślą, że trąbiąc przez 10 minut bez przerwy coś wskórają. Takie fale „klaksonów” następują regularnie w odstępach kilkuminutowych. Bezskutecznie…



Udało mi się załapać na samą końcówkę tego horroru granicznego (ot bo pracowałem do późna), ale i tak było śmiesznie.



W tym miejscu nie obowiązuje coś takiego, jak minimalny odstęp. Samochody często ocierają się o siebie (!), żeby tylko nie wpuścić kolejnego. Podobne sceny widziałem kiedyś na autostradzie francuskiej, gdzie do opłaty za przejazd w trzech kolejnych punktach poboru opłat ustawiało się 8 kolejek samochodów. Tutaj jest gorzej… bo nie ma w ogóle żadnych pasów ani niczego, co przypomina kolejkę. Zasad brak. Każdy wolny kawałek asfaltu należy zapełnić. Inaczej ktoś inny wjedzie przed nas. Wszystko przypomina "światowy zjazd kobiet", tylko samochody trochę nowsze, a za kierownicami sam kipiący testosteron...