niedziela, 30 września 2012

Święto narodowe

W dniu 23 września, Arabia Saudyjska obchodzi święto narodowe – wybaczcie moją ignorancję - mające uczcić symboliczną datę zjednoczenia państwa. W tym roku święto wypadło w niedzielę, więc Król ogłosił (na dzień przed), że i sobota będzie wolna od pracy dla wszystkich pracowników sektora publicznego.

Okazja do świętowania jest nie lada. Wszyscy przepełnieni narodowym optymizmem, wszyscy entuzjastycznie nastawieni do świata... tylko nie bardzo jest gdzie świętować. Państwo nie przygotowało niczego, żadnych koncertów, publicznych występów, czy jakichkolwiek atrakcji dla mas. NIC.

Jaka rozrywka więc pozostaje? Pomalować samochód na zielono i na ulicę. Miałem nieszczęście spędzić ten dzień (w zasadzie dwa dni) w Jeddah, w pracy. Nadarzyła się okazja do wykonania robót, których normalnie w ciągu „pracującego tygodnia” wykonać by się nie dało. Jednak to, co widziałem w drodze powrotnej do domu, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Wyszedłem z biura grubo po godzinie 11 w nocy i od razu utknąłem w korku. Wyobraźcie sobie samochody i tłumy ludzi w korku na czteropasmowej autostradzie biegnącej przez centrum miasta. Po horyzont, w środku nocy. Rzeka płynących bez żadnego celu samochodów, otwarte szyby, dzieciaki siedzące na krawędziach okien, na dachach, „na pace”, biegające pomiędzy samochodami... celebracja na całego. Co drugi samochód prowadzony przez chłopca, który ledwo sięga głową zza kierownicy (12-letni kierowcy za kółkiem luksusowych aut w Jeddah to plaga!). Policji brak. Żadnej prewencji, żadnych karetek, nikogo. Jak wszyscy, to wszyscy – mają wolne.



W pewnym momencie ktoś nam wskoczył na dach (!). Przebiegł po samochodzie. Ktoś podbiegł i postawił wycieraczki do pionu... nie było w tym agresji. Ot – zabawa.



Tego dnia powrót do hotelu zajął mi prawie 3 godziny. Zamiast przejechać 10 km przez centrum, zrobiłem blisko 60km obwodnicą, żeby tylko ominąć „szalejący” tłum. Utknąłem na tutejszym „korniszu”, czyli drodze biegnącej wzdłuż (zaśmieconego, betonowego) wybrzeża. Całe szczęście tutaj nikt nie skakał po dachu samochodu, którym jechałem.



Zapytany o to zjawisko mieszkaniec odpowiedział mi, że to normalne w te dni. I żeby mi nigdy na myśl nie przychodziło gdziekolwiek wychodzić, bo ten tłum jak co roku osiąga masę krytyczną i eksploduje, dewastując przy okazji kilka kilometrów witryn sklepowych i mieszkań położonych w pobliżu głównych arterii miasta. W gazecie czy wiadomościach ani śladu problemów...

niedziela, 9 września 2012

W zgodzie z sumieniem

W jednej z (dwóch) anglojęzycznych gazet saudyjskich pojawiła się dziś notka, której treść przykuła moją uwagę. Arabia Saudyjska – jak każdy chyba kraj na świecie, boryka się z problemem korupcji. Skala tego zjawiska jest tutaj jednak dość zauważalna, ale nie będę wnikał, bo to temat studnia. W gazecie pojawiła się informacja, że każdy, kogo gryzie sumienie, może zwrócić zagrabione pieniądze publiczne i przelać je na specjalnie na tą okazję przygotowane konto w jednym z tutejszych banków (!). Fundacja, która prowadzi ową „zbiórkę” od 2006 roku, gwarantuje pełną anonimowość i obiecuje, że nikogo ścigać nie będzie. Od momentu utworzenia, na konto fundacji spłynęło - według oficjalnych danych - ponad 200 milionów Riali Saudyjskich.

Teraz ciekawostka – inna saudyjska gazeta powołując się na anonimowe źródła podała, że faktyczny stan konta fundacji to niespełna 1,5 miliona Riali...

sobota, 8 września 2012

Rowerem

Już wiem dlaczego w Bahrajnie nie ma rowerów (i nie ma to nic wspólnego z temperaturą i niskimi cenami paliwa). Wszystkie są tutaj (Adliya, Bahrajn)

piątek, 31 sierpnia 2012

Paradoks

Jeśli wierzyć reklamom na lotnisku, ilość energii, która dociera na powierzchnię Arabii Saudyjskiej w formie promieni słonecznych wystarczyłaby, żeby pokryć zapotrzebowanie energetyczne całej ziemi. Czterokrotnie!

Znajomy lekarz powiedział mi ciekawostkę, że mimo tego większość mieszkańców tego kraju cierpi na niedobór witaminy D...

czwartek, 30 sierpnia 2012

I po Ramadanie

W tym roku udało mi się prawie cały Ramadan spędzić za granicą. Tylko jeden tydzień łączyłem się w bólu z Saudyjczykami, pracując 5h na dobę bez możliwości wypicia porannej kawy czy zjedzenia lunchu. O butelce wody nie wspominając. W zasadzie tylko w Arabii Saudyjskiej panuje ta niezdrowa ramadanowa paranoja - wszystko zamknięte na cztery spusty przez cały dzień. W biurach obowiązuje zakaz spożywania czegokolwiek. W zasadzie tylko we własnym mieszkaniu można coś zjeść. Albo w hotelu. Hotele wydają się zupełnie wyjęte spod prawa w tym względzie. O ile restauracja jest zwykle nieczynna (i symbolicznie zamknięta na cztery spusty), kuchnia pracuje, a dania serwowane są w jakiejś głęboko ukrytej sali konferencyjnej lub bezpośrednio do pokoju. Całe szczęście.

W Bahrajnie jest spokojniej - centra handlowe otwarte tak samo, tylko dłużej (nocna zmiana kończy się w zależności od typu sklepu między 23 a 3 nad ranem). W biurach bardziej tolerancyjnie - jeśli koledzy nie mają nic przeciwko, to można sobie "wciągnąć" kanapkę czy napić się kawy. Zakupy spożywcze można robić na okrągło. Starbucksy otwarte, choć kawa serwowana jest w papierowych torbach i tylko na wynos. Restauracje otwierane są dopiero na kilka minut przed zachodem słońca.
Na szczęście czas szybko płynie i po Ramadanie pozostało jedynie niesmaczne wspomnienie. Zaganiany codziennością nie miałem czasu od dłuższego czasu niczego nowego napisać. A tyle interesujących rzeczy się dzieje.
Dla przykładu:
Procedura zakładania konta bankowego w Arabii Saudyjskiej jest strasznie upierdliwa. Jakby konto w banku było jakimś nadzwyczajnym luksusem albo przywilejem, za który trzeba tak cierpieć. Trzeba mieć pismo z firmy zawierające konkretne dane o naszych zarobkach oraz kolekcję pieczątek, adresowane do tego banku, do którego aplikujemy. Następnie musimy się udać do banku i mieć nadzieję, że ktoś będzie mówił po angielsku. I że nie będzie akurat przerwy. I że tłum oczekujących pozwoli załatwić sprawę przed przerwą. I że pismo nam w tak zwanym międzyczasie nie straciło ważności (bo tylko 30 dni na to zwykle jest). Procedura sprowadza się do wzięcia dnia wolnego i uzbrojenia się w odpowiednią dozę cierpliwości. Zastanawia mnie ile dekad musi upłynąć, zanim Saudyjczycy dojrzeją do usług bankowych na poziomie takim, z jakimi mamy do czynienia w Polsce. A może wcale nie muszą, bo w sumie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby saudyjskie pieniądze trzymać za granicą...
Właśnie wylądowałem w Rijadzie. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że udało mi się dokonać rzeczy z pozoru niemożliwej - dorwać bilet w ostatni dzień tygodnia, na 3 godziny przed odlotem. Okazuje się, że można - wystarczy odpowiednio dużo czasu spędzić na stronie internetowej przewoźnika wciskając "szukaj...", "szukaj..." - bilety pojawiają się i są rezerwowane w ułamku sekundy. Jeśli mamy odpowiednio dużo cierpliwości (i szczęścia), to może się udać. Przewoźnik daje nam około godziny na dokonanie płatności online i bilet gotowy. Teraz trzeba jeszcze odpowiednio wcześnie stawić się na lotnisku, bo bilet najprawdopodobniej wystawiony zostanie w klasie "overbooked", a więc sprzedanych zostaje więcej biletów niż miejsc. Miałem dziś szczęście.

niedziela, 10 czerwca 2012

Tylko gdzie to przymierzyć?

Dostałem zaproszenie na imprezę, na której obowiązywać ma dress code „czarno-biało-z-akcentem-czerwonego”. Przewertowałem w pamięci całą szafę i o ile z czarno-białym nie mam problemu, o tyle czerwonego akcentu nie pamiętam. A że przebywam aktualnie w Rijadzie i weekend się zbliża wielkimi krokami, musiałem wybrać się na zakupy. Już drugi dzień szukam czerwonego akcentu, więc zwiedzam po kolei większe centra handlowego stolicy Arabii Saudyjskiej i przypominam sobie powoli, dlaczego nigdy nie robię zakupów w Rijadzie. Niby wszystko tutaj jest, niby taniej niż w Bahrajnie, ale…

Wszędzie panuje grobowa atmosfera. Nie usłyszycie muzyki, nie ma tego gwaru panującego w centrach handlowych. Ludzi sporo, trzeba uważać, w którą się stronę człowiek patrzy, żeby kogoś nie obrazić. Ludzie w totalnym skupieniu wertują półki i wieszaki sklepowe. Obsługa wyłącznie męska (o przepraszam, rewolucja postępuje – są już sklepy, w których sprzedają kobiety… ale tylko dla kobiet). I w większości sklepów nie ma gdzie przymierzyć tego, co akurat się spodoba… Nie ma reguły – czasami przebieralnia jest, przeważnie jednak nie ma. Sprzedawca z uśmiechem na ustach informuje nas natomiast, że bez problemu możemy zwrócić wszystko w ciągu 30 dni.

Właśnie zaczyna się przedwieczorna modlitwa (Maghrib), toteż na 10 minut przed czasem (18:30) klientów się już do sklepów nie wpuszcza. Centrum handlowe gasi światła i ludzie opuszczają sklepy celem udania się na modlitwę. Sprzedawcy idą na fajka. Za 30-40 minut wszystko zostanie ponowne otwarte – na kolejną godzinę, po której ostatnia modlitwa (Isha), ostatnia przerwa przed nocnymi godzinami szczytu. Centra handlowe czynne są tu w tygodniu do około 1 nad ranem. Później miasto tonie w korkach… I tak codziennie.

czwartek, 7 czerwca 2012

A w Dubaju…

W Dubaju jest trochę inaczej. Brakuje mi przymiotników, żeby opisać przepych, rozmach i bogactwo nowoczesnej metropolii. A z tego, co udało mi się zorientować w mapie, nie dotarłem nawet do centrum. Najwyższy budynek świata otoczony jest lasem niedokończonych drapaczy chmur.



Dookoła same przebudowy, niedokończone autostrady i ciągnące się kilometrami biurowce. Ale nie ma bałaganu. Nie ma kurzu, nie ma śmieci… Jest za to słońce, ekskluzywne plaże, przepiękne i czyste ulice, praktycznie same nowe samochody.




Jest też metro. Ponad pięćdziesięcio kilometrowy odcinek, którym dotrzeć można z przedmieść do samego centrum finansowego oraz dzielnic „Media City” i „Internet City”. Przystanki wyglądają jak z kosmosu – brat zarzucił mi nawet fotomontaż:




Szalenie trudno odnaleźć się w gąszczu autostrad, bo – zgodnie z arabską tradycją – skoro paliwo jest tanie, to stać cię na to, żeby pojechać 10km dalej i zrobić nawrotkę, więc jak się spieszysz, nie popełniaj błędów. Ale jak już się człowiek przyzwyczai, to jazda po tym mieście (metropolii) nie sprawia większych trudności.




I nikt nie trąbi jak zapala się zielone światło. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Po części dlatego, że kamery i fotoradary są średnio co 50 metrów, po części dlatego, że jednak tutaj o wiele więcej „ludzi północy” za kierownicą (wybaczcie porównanie, ale kto był na Bliskim Wschodzie albo chociaż w Egipcie, to rozumie czym różni się kierowca z Europy / USA od kierowcy z tych rejonów i wybaczy generalizację…).



Internet City to ogromny kompleks budynków „zamieszkałych” przez największe korporacje hi-tech: IBM, Dell, Sony, Microsoft, wszystkie w zasięgu wzroku. Tylko Oracle jakby trochę z boku.




Troszkę żałuję, że od początku nie starałem się o pracę w tym rejonie, bo jednak wrażenia estetyczne Dubaju powalają resztę świata na kolana i - jeśli nie brać pod uwagę temperatury i wilgotności – to chyba jedno z ciekawszych miejsc do rozwijania profesjonalnych aspiracji jednostki.

Jeśli planowalibyście wycieczkę na taras widokowy Burj Khalifa, polecam zapisać się z tydzień wcześniej, bo w weekendy jest ciasno – a windy na górę dla turystów kursują raz na pół godziny. Nie dane mi było zrobić zdjęć z góry – najbliższy dostępny kurs był o 22:30…





A jeśli komuś za gorąco, to można iść na narty. Stok o długości sporo przekraczającej to, co oferuje Górka Szczęśliwicka w Warszawie zlokalizowany jest w centrum handlowym Mall of Emirates.




Nie trzeba mieć ze sobą nic, żeby móc rozkoszować się zimowym szaleństwem – dostaniemy kombinezon, sprzęt, kask, kijki – wszystko, co niezbędne.



Godzina zabawy w przeliczeniu na polskie realia kosztuje mniej niż godzina kręgli w Galerii Mokotów w weekend.

PS. Autobusy są wszędzie. I owe słynne klimatyzowane przystanki też.



PS2. Informacja dla Polaków -> alkohol tylko na lotnisku dostępny jst bez licencji ;) W całym mieście bez problemu można napić się dowolnego trunku z dowolnego krańca świata w każdej większej restauracji czy hotelowym barze.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Zjednoczone Emiraty Arabskie (A.D.)

Piszecie w komentarzach, że Półwysep Arabski to piękny kraj, pełen życzliwych ludzi, a ja tylko narzekam. No to zmienię trochę ton wypowiedzi i opiszę w jaki sposób spędziłem ubiegły weekend. Koledzy z (byłej) pracy zaprosili mnie do zwiedzenia Abu Dhabi (Abu Zabi). Niewiele myśląc, zarezerwowałem bilet, wsiadłem w samolot i w czwartkowe popołudnie rejsem z Bahrajnu po niecałej godzinie lotu byłem na miejscu. Było gorąco, o wiele goręcej niż w Bahrajnie czy nawet zakurzonym Rijadzie.

Już na lotnisku miła odmiana – zwroty typu „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, „skąd jesteś” (co by w odpowiedniej kolejce ustawić) – zachowania obce, nieznane obsłudze lotniska w Arabii Saudyjskiej. Polacy podróżujący do Emiratów winni posiadać wizę wjazdową (sponsor, zaproszenie etc). Rezydenci GCC o specjalizacji inżynier/menadżer wjeżdżają jak chcą, bez konieczności tłumaczenia celu wizyty czy określania miejsca pobytu – bardzo miło. Odprawa w 15 minut, wypożyczalnia, samochód i w drogę.

Abu Dhabi to takie „betonowe przedmieścia Dubaju”, jak określił kolega. Ja byłem pod wrażeniem czystości i różnorodności konstrukcji.



...i zieleni.


Popatrzcie sami...


Żadnych śmieci, żadnych dziur w drogach, kobiety za kółkiem, chodniki pełne uśmiechniętych ludzi – krajobraz wręcz europejski.



Niektóre budynki wyglądają jak z katalogu albo wizualizacji architektonicznej. Nic dziwnego – większość tej betonowej scenerii nie ma nawet 5 lat… I chyba nie skłamię, jak powiem, że to miasto to jeden wielki plac budowy.


Btw. Na zakup alkoholu w Abu nie potrzeba specjalnej licencji, o której pisałem wcześniej.

wtorek, 15 maja 2012

Znów o rachunku za telefon…

W styczniu pisałem o problemach związanych z płatnościami za telefon u lokalnego operatora. Od kilku miesięcy z powodzeniem używam zagranicznego (VIVA – Bahrain) dostawcy w stylu „prepaid”, którego stawki roamingowe w Saudi są niższe (!) niż lokalne rozmowy z mojego saudyjskiego telefonu, nie mniej cały czas sumiennie płacę rachunki. Od kilku dni co godzinę telefon dzwoni i automat odgraża mi się, że wyłączą mi telefon jeśli nie zapłacę. Mój rachunek na stronie internetowej niestety nie pojawia się, więc i płatność elektroniczna odpada – zmuszony jestem iść do biura. I chyba nie pójdę...

Zobaczcie jak wygląda kalkulacja z miesiąca marca (dla porównania kalkulacja za grudzień 2011). Kolejny stopień wtajemniczenia – nawet PIT jest prostszy do zrozumienia:



Po przemieleniu przez google translate, wychodzi coś takiego:

Monthly remuneration package [] 400.00
Additional service fees [] 0.00
Outgoing calls [] 37.38
Messages [] 8.75
Call outside the Kingdom [] 189.00
Data [] 180.68
Due precedent [] 177.10
Amount kindly reimburse [-] 300.00
Discounts [-] 180.68
Special discounts [-] 335.13
Adjustments [-] 150.00
=========================
The amount due [=] 27.10


I o dziwo wszystko się ładnie sumuje, tylko skąd te „kindly reimburse”, „discounts”, „special discounts” i „adjustments” się wzięły – tego nikt nie jest w stanie wyjaśnić. No i dziś, za ubiegły miesiąc kwiecień roku pańskiego 2012, mam do zapłacenia rachunek, którego kwota jest nieustalona, ale konieczna do uiszczenia ze względu na roszczenia operatora i ponaglające telefony w środku nocy. W bankowości internetowej kwota przypisana do konta telefonicznego to 177.10 SAR (strzelam, że coś im się w systemie pokręciło i pokazują rachunek z lutego). Po zadzwonieniu pod numer automatyczne obsługi klienta automat wypluwa mi – 168.5 SAR. Natomiast zapytany o szczegóły rachunku konsultant zwrócił odpowiedź, że mam zapłacić 300 SAR, bo taki mam plan, ale wystarczy jak zapłacę 273, bo 27 tyle zapłaciłem już ubiegłym miesiącu. Rachunku jak nie było, tak nie ma. Może to i dobrze, bo pewnie będzie równie tajemniczy co ten sprzed miesiąca.

Nie zapłacę… Przesiadam się na telefon na kartę.

sobota, 28 kwietnia 2012

Bahrain Foto

Kilka zdjęć zrobionych z dachu Al Fateh tower w ubiegły weekend, podczas basenowych relaksów, w przerwie pomiędzy wyścigami F1:





Widok na dzielnicę dyplomatyczną, północna część Manamy

czwartek, 26 kwietnia 2012

Sklepy z alkoholem

Całe szczęście Arabia Saudyjska to jedyny (?) kraj na Bliskim Wschodzie, gdzie panują restrykcje w zakresie zakupu czy konsumpcji alkoholu. O ile w tygodniu skupiony na pracy (Sic!) Saudyjczyk o alkoholowych przygodach raczej nie rozmyśla, o tyle w weekend można już zapomnieć o wyznaniu, przekonaniach religijnych, obowiązkach i… jechać się napić.

(bardzo przepraszam, jeśli powyższa wypowiedź obraża czyjeś przekonania, ale prosiliście mnie w komentarzach o podjęcie próby zrozumienia kultury tutaj panującej – tak więc rozumiem, że człowiek, bez względu na wyznanie czy przekonania, pokusom ulega – zupełnie nie przekonuje mnie natomiast hipokryzja, która się wokół tego problemu rozwija – i chyba nie chcę zrozumieć… - ten specyficzny stan równowagi pomiędzy zakazami w Arabii Saudyjskiej a przywilejami dostępnymi dla Saudyjczyków w Bahrajnie jest chyba wszystkim na rękę).



W Bahrajnie alkohol można kupić w kilku (sporych) sklepach, w zasadzie hurtowniach alkoholowych. W odróżnieniu od Dubaju czy Kataru, nie potrzeba mieć specjalnego pozwolenia na spożycie (tzn. być licencjonowanym alkoholikiem). Tutaj może każdy. Polecam jednak zakupy robić o bardziej rozsądnej porze niż w czwartkowy wieczór, kiedy kolejka chętnych do spożycia mieszkańców (i alko-turystów) jest tak długa, że na wejście do sklepu trzeba czekać po kilkanaście minut.

W ciągu dnia nie ma problemu. Produkt alkoholowy, choć drogi, jest tutaj ogólnodostępny dla każdego, kto wygląda na starszego niż 18 lat. Ciekawostka, że butelka wyniesiona ze sklepu opakowana musi być w czarną, nieprześwitującą torbę foliową – ot, żeby nie było widać co jest w środku. Torba ta jest na tyle charakterystyczna, że nie pozostawia złudzeń. Wszyscy wiedzą co jest w środku…

PS. W Bahrajnie nie brakuje klimatycznych miejsc, barów i restauracji, w których do ciekawie przyrządzonych dań można zażyczyć sobie praktycznie każdy znany ludziom trunek.

PS2. Pozdrowienia dla Polonii w Bahrajnie - "dzieci niczyich", jak usłyszałem (nie wiedziałem, że jest nas aż tyle).

F1 w Bahrajnie (II)

To był szalony tydzień. Zaczęło się od przyjazdu M. i okolicznościowej imprezy. Pierwszy toast za to, że odprawa na lotnisku nie zajęła nawet 10 minut (dla odmiany, bo w ubiegłym roku M spędził ponad 20 godzin na lotnisku, czekając na przeprocesowanie się wizy w systemie imigracyjnym).



Przygotowania do Formuły 1 były na ustach wszystkich w Bahrajnie przez ostatnich kilka miesięcy. Do ostatnich chwil środowiska antyrządowe nawoływały do bojkotu imprezy. W mediach pojawiały się nawet wypowiedzi niechętnych do przyjazdu kierowców F1.

Praktycznie na każdym dużym skrzyżowaniu widać było białe tabliczki, na których od 2 tygodni ktoś podmieniał numerki z ilością dni pozostałych do rozpoczęcia się imprezy. Z centrum miasta jak i z okolic lotniska zniknęły wszystkie punkty kontroli pojazdów, zorganizowane na szybko zaraz po ubiegłorocznych zamieszkach. W mieście było zupełnie spokojnie. Z punktu widzenia zwykłego kibica, który nie błądził nigdzie poza oficjalnymi duktami drogowymi – zero problemów. Niestety, tu i ówdzie było widać palące się opony (Sitra, Riffa). W piątek wieczorem, w okolicy bazy wojskowej USA ktoś porzucił samochód z podejrzanym pakunkiem korkując na moment najbardziej amerykańską (i imprezową) część wyspy - Juffair. Czuć było pewnego rodzaju napięcie, ale siły porządkowe nie dopuściły do tego, żeby cokolwiek zakłóciło wyścigi.



Cała impreza zorganizowana była wzorowo. Nigdzie nie trzeba było na nic czekać, wszystko było perfekcyjnie oznakowane, kolejek do toalet brak. Kontrola wjeżdżających aut nie powodowała nieskończonych zatorów drogowych, a przejście przez iście lotniskową kontrolę bagażu „podręcznego” zajmowało niecałe 5 minut. Na trybuny nie wolno było wnosić butelek, toteż wszyscy musieli nosić wodę w plastikowych kubkach – co w połączeniu z tłumem i wąskimi przejściami między plastikowymi krzesełkami powodowało, że co chwilę ktoś miał zimny prysznic… Na terenie kompleksu wyściowego czuć było jedynie atmosferę sportowej rywalizacji. I nie przeszkodził nawet deszcz padający na godzinę przed finałami F1 w niedzielę.


Zdjęcie zapożyczone od koleżanki J. z FB :)

Kulminacyjnym punktem show przedwyścigowego jest przelot samolotu Gulf Air (o ile się nie mylę to A330, ale pewnie F. mnie za chwilę poprawi) tuż nad głowami kibiców. Wrażenie jest o tyle niesamowite, że w chwili, kiedy samolot powoli zbliża się do trybun wszyscy milkną i przez krótką chwilę nie słychać niczego, poza mrukiem zbliżających się silników odrzutowych.





Polski akcent na zawodach to uczestnictwo naszego zespołu Verva Racing Team startującego w Porsche Cup.





To tyle z wrażeń torowych. Ale nie tylko na torze było gorąco. Piątek, sobota i niedziela upłynęły pod znakiem niezliczonych imprez towarzyskich w Manamie. Junior Jack w Coral Bay, Fashion TV Show w Bushido, DJ Tamara Sky w Klub360 czy finałowa impreza Hedkandi (jeszcze raz Coral Bay) to tylko niektóre z głośnych eventów, które wieczorami dostarczały rozrywki turystom.

W dwóch słowach – Brawo Bahrajn!. Udało się zorganizować bardzo dobrą i chyba najczęściej komentowaną w mediach imprezę międzynarodową, z Formułą 1 w tle. Nie oznacza to jeszcze, że Bahrajn wyszedł na prostą i zaczął funkcjonować jak dawniej – ale wydaje się, że wszystko jest już na dobrej drodze żeby ten mały kraj zaczął odrabiać straty i przyciągać turystów / inwestorów / pracowników z całego świata...

niedziela, 15 kwietnia 2012

F1 w Bahrajnie

Już za kilka dni rozpocznie się szał samochodowych igrzysk w najmniejszym państwie na Bliskim Wschodzie. Na każdym kroku widać logo UNIF1ED. Królestwo za wszelką cenę chce pokazać światu, że wszystko tam u nich jest w porządku. Ilość imprez towarzyszących przyprawia o zawrót głowy, tym bardziej nie mogę się doczekać nadchodzącego weekendu. Obywatele Europy pragnący przyjechać do Bahrajnu na ten weekend muszą posiadać ze sobą ważny bilet wstępu F1 – na jego podstawie dostają wizję wjazdową. Polski to niestety nie dotyczy (w sumie w Europie jesteśmy od niedawna). Polacy muszą mieć lokalnego sponsora albo rezydenturę w jednym z krajów GCC (Gulf Cooperation Council) żeby móc wjechać.


http://www.bahraingp.com/Pages/default.aspx

Ktoś się wybiera?

sobota, 14 kwietnia 2012

Dlaczego on tak marudzi...

Koniec końców musiałem spędzić na lotnisku trochę czasu to... pomarudzę.

Arabia Saudyjska to kraj ogromnych możliwości o praktycznie nieograniczonym (finansowo) potencjale rozwoju. Dziwi więc fakt, że w pewnych dziedzinach poziom życia jest niższy niż w najbiedniejszych krajach afrykańskich. Na lotnisku w Akrze (nie wiem czy poprawnie odmieniłem nazwę stolicy Ghany) w przypadku opóźnienia lotu obsługa proponuje jakąś rekompensatę, chociażby w formie zimnego napoju. W Rijadzie w obliczu katastrofy pogodowej informowani jesteśmy, że za "30 minutes" odbędzie się boarding.

Oczywiście boarding nie nastąpił, a ilość pasażerów z każdą godziną rosła, a wszystkie tablice informacyjne wyświetlały komunikaty o planowanych odlotach jakby nic specjalnego się nie działo.

Marudzę? Pewnie tak, ale tylko dlatego, że jest to ogromne lotnisko, które rządzi się dokładnie tymi samymi prawami, co każda inna saudyjska instytucja, czyli w skrócie: "a co mnie to obchodzi". Lotu nie było. Informacji też nie. W pewnym momencie na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja o tym, że mój lot... odleciał. Chłopaki z centrum informacji pracowali tego wieczoru całkiem prężnie (dwóch niewysokich Saudyjczyków kontra kilka tysięcy sfrustrowanych pasażerów, którzy w obliczu dezorientujących informacji musieli się kogoś spytać "co dalej?"), jednak i tak na informację trzeba było czekać w dzikim tłumie około 10 minut... Wykonanie połączenia z komórki graniczyło wieczorem z cudem. O Internecie nawet nie wspominam...


Mój lot "odleciał" 20 minut temu... inne loty są "on time"

Swoją drogą - nawet nie zdajecie sobie sprawy jak irytujące jest oglądanie tablicy ogłoszeń, która co 5 sekund pokazuje zdjęcie lotniska zamiast rozkładu...

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Pasażerów traktuje się tutaj jak bydło. W obliczu braku jakiejkolwiek konkurencji w transporcie samolotowym nie ma potrzeby wychodzić frontem do klienta. Przecież i tak wróci (wyjścia za bardzo nie ma). Arabię Saudyjską stać na zorganizowanie lotniska na światowym poziomie. Budują największe na świecie uniwersytety, stadiony i centra finansowe z niespotykanym w żadnym innym miejscu rozmachem (o tym niedługo), a usługi lotniskowe świadczone są na poziomie tak niskim, że po prostu brak słów.

Lotniskowe przemyślenia

Tym razem wywnętrzę się z okazji oczekiwania na lotnisku w Rijadzie. Kilka wolnych chwil zawdzięczam fatalnym warunkom atmosferycznym, które objawiły się czymś w rodzaju burzy piaskowej skrzyżowanej z deszczem. Port lotniczy aż kipi od niecierpliwych, oczekujących na samolot pasażerów. Informacji oczywiście brak. Telewizory wyświetlające godziny odlotów pokazują czarno na białym - "ON TIME" przy wszystkich lotach. Problem w tym, że powoli zaczyna tutaj brakować miejsca do siedzenia. Ciekaw jestem czy sytuacja się poprawi, czy będę musiał tutaj spędzić noc.

Z Waszych komentarzy wynika, że kształtuję obraz Arabii Saudyjskiej jako kraju zamkniętego, nieprzyjaznego, czasem groźnego. To nie jest tak do końca... tak. Saudyjczycy z jakiegoś dziwnego powodu mają spory respekt do mieszkańców Europy czy USA. Przejawia się to w wielu miejscach. Przez tych kilka spędzony tutaj lat nigdy nie zdarzyło mi się być "zaczepionym" przez słynną policję religijną. Tak naprawdę to nie przypominam sobie, żebym przedstawicieli tej profesji widział gdzieś indziej niż tylko na zdjęciach w Internecie. Wprawdzie niczyich uczuć religijnych nie obrażam, nie wdaję się w dyskusje o podłożu religijnym ani nie noszę "krzyżyka", ale jakoś nie wyobrażam sobie żeby posiadacz biznesowej wizy w Arabii Saudyjskiej mógł mieć jakiekolwiek problemy z tytułu bycia "niewierzącym". W najgorszym razie a jakieś bardzo nieszczęśliwe faux pass taki osobnik zostałby upomniany. Tak przynajmniej to wygląda z mojego punktu widzenia.

Tymczasem odliczam dni do końca mojego kontraktu, bo nie zniosę kolejnych Świąt Wielkanocnych z dala od domu, z dala od rodziny, siedząc w pracy, bez możliwości spróbowania świątecznego mazurka...

czwartek, 5 kwietnia 2012

O co chodzi z tymi numerami na szybach?

Korzystając z chwili spokoju (!) czekając na wyjazd z parkingu pod lotniskiem w Rijadzie, opisze o co chodziło w zagadce dla spostrzegawczych.

Numer na szybie to PIN komunikatora BlackBerry (bardzo ładnie ktoś zauważył w komentarzach – to taki numer gadu-gadu, pozwalający na przesyłanie krótkich wiadomości tekstowych do innych użytkowników telefonu Blackberry z aktywną usługą „chat”) – ot, bardziej wyrafinowana i modniejsza forma wysyłania wiadomości SMS. System jest o tyle fajny, że nadawca jak i odbiorca, wymieniwszy się numerem PIN, pozostają praktycznie anonimowi…

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Coś, co dla wychowanych w kulturze Zachodu ludzi jest normalne, tutaj urasta do rangi problemu. Młody, zdrowy Saudyjczyk nie ma możliwości podejść do spotkanej na ulicy dziewczyny i wyciągnąć jej na randkę (abstrahując od kwestii tego, że nie bardzo by było gdzie iść, to kultura po prostu nie zna takiej procedury zawierania znajomości). Nie ma też możliwości poproszenia spotkanej kobiety o numer telefonu. Bez wnikania w uwarunkowania kulturowe napiszę tylko, że rodzina dziewczyny mogłaby mieć coś przeciwko takiemu stanu rzeczy.

Dlaczego więc młodzi Saudyjczycy tatuują sobie prawą szybę numerem Blackberry? Odpowiedź znajdziecie pod wejściami centów handlowych. Dzieją się tam ciekawe sceny. Grupy młodych kobiet, w oczekiwaniu na taksówkę/mężów/braci (generalnie samochód, który podjedzie, żeby je „zgarnąć” – towarzyszy temu przy tym rytuał ekspozycji auta na podjeździe każdego centrum), całkiem przypadkowo narażone zostają na kontakt z przejeżdżającym powoli „oznakowanym” pojazdem. Co się dzieje dalej i czy taka metoda „podrywu” w ogóle działa – nie wiem. Nie raz byłem świadkiem takiej sytuacji – niedowiarków zapraszam w każdy weekend na czerwony dywan pod centrum Faisailiah… Ilość aut turlających się przez wjazd do centrum handlowego w godzinach nocnego szczytu jest kosmiczna. Korek jest gigantyczny. I tylko jeden na cztery samochody (na oko) faktycznie kogoś zabiera. Reszta potęguje tłum.

Teraz już wiecie, dlaczego ginąca marka BB tak szybko nie zniknie z rynku Arabii Saudyjskiej. Nawet dziś, w dobie iPhone-a, większość kawalerów posiada dwa telefony, z których drugi to poczciwe BB.

Z innych form podrywu Saudi-Style można wymienić sposób na Bluetooth. Jeśli wasz telefon pozwala się „parować” w celu komunikacji (Nokia lub znów Blackberry), to włączcie Bluetootha i przejdźcie się pomiędzy półkami sklepu z książkami czy innym podobnym spokojnym miejscu (np. Jarir Bookstore lub spokojnie usiądźcie sobie w części fastfoodowej pierwszego napotkanego centrum handlowego). W życiu nie widziałem na wyświetlaczu telefonu komórkowego tylu aktywnych urządzeń Bluetooth nagromadzonych w jednym miejscu!

wtorek, 3 kwietnia 2012

Just Do It tomorrow

W nawiązaniu do Insha'Allah – widać i mieszkańcy Arabii dostrzegają pewien problem i starają się podejść do sprawy z humorem:

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Zagadka dla spostrzegawczych

Pytanie do znawców kultury arabskiej – czy wiecie co to za magiczny numer (a w zasadzie ciąg znaków) widnieje na bocznej szybie tego auta? I jaki błąd taktyczny popełnił kierowca nie naklejając tego od strony pasażera?



Dorzućcie swoje pomysły w komentarzach – może ktoś wpadnie. Za kilka dni opiszę temat szerzej.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Śmietnik

Temat długi jak rzeka i już kilkakrotnie przeze mnie poruszany. Ale wciąż nie mogę nad tym przejść do porządku dziennego. Siedzę sobie na lotnisku w Rijadzie rozmyślając co mnie dziś ciekawego spotka. Port lotniczy jest jednym z tych niewielu miejsc, gdzie naprawdę nie trzeba bardzo się starać, żeby zlokalizować kosz na śmieci. Obok mnie zasiada mieszkaniec Królestwa w stroju tradycyjnym. W dłoni ma kawę i kilka saszetek cukru. Po chwili rozdarte saszetki (nie do końca opróżnione) lądują na podłodze. Jegomość zrobił to tak dyskretnie, że nawet nie zauważyłem kiedy rozdarte papierowe opakowania spadły na ziemię. Równie dyskretnie zrobiłem mu więc fotkę i przeszedłem do obserwacji. Bezczelnie, patrząc się na niego, to na podłogę.

Zauważyłem jednak, że jegomość poczuł się tym gestem mocno skrępowany. Jakby było mu wstyd. Zacząłem mu się więc bacznie przyglądać, wzbudzając jednocześnie jego niepokój. Szybko dokończył kawę i pusty kartonowy kubek odstawił szybko na podłodze na wysokości pięty. Kątem oka zauważyłem, jak delikatnie wsunął lewą nogą papierowy kubek pod siedzenie patrząc się jednocześnie w sufit! Następnie wstał i powędrował w stronę żony i dizeciaka, bawiących się osobno po drugiej stronie poczekalni. Tyle zachodu, tyle ukrytego wstydu żeby „tylko” naśmiecić…

Kilka minut później przyszedł chłopak sprzątający (na oko obywatel Pakistanu lub Indii) i pozbierał papierki, nagimnastykował się przy tym żeby wyciągnąć kubek po kawie spod fotela w poczekalni.

Do dziś mnie ciary przechodzą jak widzę uchylające się okno w samochodzie i wyrzucane papierki po snickersie czy puszkę po 7up. I patrząc na okolicę wydaje mi się, że jestem jedyną osobą, na której robi to jakiekolwiek wrażenie.

czwartek, 22 marca 2012

Ar'ar (Foto)

Z pewnością nie jest to najbardziej reprezentatywne ze wszystkich miejsc w Arabii Saudyjskiej, ale zrobiłem kilka zdjęć, bo jest tu (przynajmniej dla mnie – białego człowieka, który na co dzień przebywa w Rijadzie) szalenie… egzotycznie!


Dziki Wschód?


Marki takie jak Playstation są znane wszędzie - w tle jeden z większych sklepów dla lokalnych "graczy"...


Osobiście za wielbłądami nie przepadam. Tutaj traktowanie je się dość brutalnie. W tle coś, co przypomina wielbłądzi bazar.


i wszędzie pickupy nissana…


Najczęściej spotykany pojazd ciężarowy w tej części świata (niezawodny, praktycznie niezniszczalny i wszędzie dojedzie bez względu na warunki).


Piękna pustynia: Jedno wielkie wysypisko plastikowych butelek, torebek foliowych i opon.


To, jak mniemam, sztuka nowoczesna jest.


Raz na rok, w sąsiadującym na północy Iraku, pada taki taki deszcz, że przez Arar przepływa rzeka. Znudzeni ciągłym odbudowywaniem miasta mieszkańcy postanowili uregulować jej bieg. W tle pusty o tej porze roku kanał przecinający miasto dosłownie w poprzek.

Na koniec kilka przykładów niskiej zabudowy osiedlowej. Wszystkie domy otoczone są murami nierzadko sięgającymi drugiego piętra. Większość domów jest szara, smutna, bez wyrazu – ale zdarzają się też estetyczne rodzynki. Kilka z nich poniżej: