środa, 19 lutego 2014

Kontakt - czyli o gniazdkach elektrycznych

Arabia Saudyjska jest tym miejscem, gdzie nie przywiązuje się jakiejś szczególnej uwagi do standardów czy norm - pisałem o tym wiele razy. W ten stan rzeczywistości idealnie wpasowuje się kompletny brak konsekwencji przy dobieraniu… gniazdek elektrycznych.

Mieszają się tutaj wpływy europejskie, amerykańskie i czysto brytyjskie - efekt jest taki, że co hotel, co mieszkanie, co biuro, to listwy zasilające wyglądają inaczej. Nie chodzi jedynie o woltaż, ale także kształt gniazdek w ścianach. Całe szczęście, że dzisiejsze urządzenia elektroniczne niewiele robią sobie z napięcia (większość zasilaczy zadowoli się każdym napięciem z zakresu od 100 do 250 V), jednak kształt gniazdka to już zupełnie inna bajka. Dlatego nie warto oszczędzać na uniwersalnych adapterach (można kupić dosłownie wszędzie) i warto mieć dwa różne, co by się nie okazało, że gdzieś wtyczka nie pasuje, bo jest za wąsko lub po wpięciu do kontaktu wypada…



W nowych hotelach panuje kontaktowy bałagan, w mieszkaniach bywa trochę lepiej. Nowoczesne hotele przeważnie mają w ścianach uniwersalne kontakty z napięciem około 200 V (elektrycy wiedzą dlaczego). W starych budynkach (hotele typowo amerykańskie z lat 80-tych w miastach industrialnych) to dominacja niskiego napięcia i wąskich wtyczek standardu (nie dziwne) amerykańskiego. U mnie w mieszkaniu wszystkie (!) gniazdka wyglądają tak:\



…czyli jeden do (prawie) wszystkiego. Szkoda tylko, że genialny konstruktor nie przewidział, że gniazdo powinno być trochę bardziej odsadzone na zewnątrz, bo każda płaska wtyczka standardu brytyjskiego opiera się o wystający przycisk i nie da się jej docisnąć do końca…

Tymczasem w Makdonaldzie...

Będąc niedawno na wakacjach słyszałem o polskim problemie pokolenia Y - ludziach, którzy zaraz po studiach nie mają pracy tylko dlatego, że ich wygórowane oczekiwania płacowe nie pozwalają im podjąć pracy której ścieżka kariery nie zaczynałaby się od kierownika czy menadżera… Ten problem nie jest typowo polski - w Arabii Saudyjskiej jest nie inaczej. Tylko te oczekiwania finansowe są już zupełnie inne. Jakby dojrzalsze.

W sektorze publicznym wolno pracować tylko Saudyjczykom. Efekt jest taki, jaki jest - poziom i jakość obsługi urzędów jest po prostu tragiczna. A z punktu widzenia postronnego obserwatora wydawać by się mogło, że jedyną kwalifikacją umożliwiającą pracę jako urzędnik państwowy jest posiadanie zielonego paszportu ze złotą palmą. Sektor prywatny natomiast jest głównie osadzony przez imigrantów, których udział w zatrudnieniu ogółu jest ciągle przycinany przez zmieniające się regulacje państwowe. Efekt jest komiczny - Saudyjczycy nie chcą iść do pracy i dyktują kosmiczne warunki (bo mogą). Zobaczcie ile oferuje Macdonald w Rijadzie:



5000 SAR ($1333) plus ubezpieczenie, telefon i transport. A i tak pracują tam sami Filipińczycy.

niedziela, 9 lutego 2014

Poradnik wesołego emigranta - konto bankowe

Jak już przewalczycie uzyskanie dokumentu potwierdzającego waszą rezydenturę w kraju niekończącej się pustyni, czas na zadanie numer dwa: otwarcie konta w banku. Zanim jednak dostąpicie przyjemności podróży do najbliższej placówki wybranej organizacji finansowej, najpierw zaopatrzcie się w telefon z normlanym (czytaj: nie pre-paid) planem. Mając Iqamę możecie już sobie taki luksus sprawić bez żadnych dodatkowych formalności. Warto o tym pomyśleć na początku, bo numer telefonu będzie za wami chodził do końca dni w tym kraju i jest go strasznie trudno zaktualizować po zmianie (tzn. wiąże się to z wycieczkami do urzędów, biur, placówek banków, bankomatów - wesoła biurokracja, na którą nie zawsze ma się czas). Oczywiście tu też nie obejdzie się bez atrakcji, ale nie o tym.

Od razu poproście pracodawcę o papier umożliwiający otwarcie konta w banku. Sama chęć bankowi nie wystarczy - trzeba mieć prawomocny świstek z pieczęcią. Tak uzbrojonym można się wybrać do banku. Nie za wcześnie rano (bo będzie tłum), nie za późno (bo zamkną), zwróćcie uwagę na czas modlitwy, bo pracownicy są niesamowicie sumienni w przestrzeganiu obowiązków wynikających z prawa koranicznego. Moja rada - pojawcie się tam w godzinie po otwarciu lub godzinę przed zamknięciem. Lub - jeśli macie wolny dzień, to z samego rana, koniecznie z książką czy innym ipadem, który umili stracony czas.

Banki są czynne w ciągu dnia - 9.30 do 16, czasem 17. Ma to związek z jakimiś wytycznymi bezpieczeństwa organu regulującego pracę banków w Arabii Saudyjskiej (SAMA). Bank trzeba wybrać z głową, żeby nie spędzić tam zbyt wiele czasu no i żeby nie trzeba było tracić dnia na odnowienie statusu konta za rok - czynność wymagana.

Jaki bank wybrać? W Arabii jest 15 banków do wyboru (za Wikipedią).

Mam doświadczenia z trzema. Numer jeden na liście "omijać szerokim łukiem" to największy bank w kraju: AlRajhi. Do prawdy nie da się niczego tu załatwić przez Internet, a jakakolwiek operacja zmiany, wypłaty, wyrobienia nowej karty - słowem: czegokolwiek - wymaga od petenta wizyty w banku. A jak wygląda taka wizyta w placówce AlRajhi? Wyobraźcie sobie jarmark na którym handluje się owcami, czterdzieści osób próbujących uzyskać informacje od siedzącego w drzwiach operatora, zero kolejek, reguł, zwykła obora. Dosłownie – poziom obsługi jak i samych obsługiwanych jest… delikatnie mówiąc - niski. Jak już się uda pokonać pierwszą przeszkodę, być może dostaniemy numerek albo powiedzą nam, żeby stanąć w kolejce do konkretnego już okienka / stanowiska. I ten proces może trwać od kilkudziesięciu minut do nieskończoności. Petent w tym banku traktowany jest jak jakieś zło konieczne. Obsługa klienta po prostu nie istnieje. Czy wspominałem już, że ciężko się porozumieć w języku angielskim? Ich prawo - w końcu to my jesteśmy gośćmi. Nie da się zmieniać limitów wypłat czy przelewów. Infolinia jest skonstruowana w taki sposób, żeby maksymalnie zniechęcić klienta - np. wybór opcji rozmowy z "żywym" konsultantem to droga przez wymawiany przez automat stan środków na koncie i detale ostatnich 5 transakcji… Warto więc poszukać innego banku, który standardy obsługi odziedziczył po jakimś oddziale światowym, niekoniecznie z tradycjami wyłącznie bankowości arabskiej. Przelew międzynarodowy robi się tu w obskurnych (czytaj: brudnych i śmierdzących) lokalach spółki córki, z której korzystają głównie obywatele trzeciego świata… Nie da się zdefiniować odbiorcy zagranicznego przez Internet, można za to robić przelewy po uprzedniej autoryzacji w banku. Placówka zwykle nie funkcjonuje po godzinie 14, a hasło-klucz, które znają na pamięć wszyscy pracownicy banku to "sorry sir, system is down" .

Samba (czyli znacjonalizowany w początku lat 80. Citi), to standard wśród większości expatów, których znam - bezproblemowa obsługa, mniejsze kolejki, z jakiegoś powodu nie jest najpopularniejszym bankiem w Rijadzie (patrząc po obłożeniu lokali usługowych). Posiadaczem karty płatniczej staniemy się w ciągu 10 minut po wypełnieniu wszystkich niezbędnych formularzy w języku angielskim. Przedłużenie konta po pierwszym roku to operacja wymagająca 30 sekund - załatwiana bez czekania. Odbiorcę zagranicznego jak i lokalnego zdefiniujemy przez Internet (weryfikacja SMS).

SABB (czyli HSBC) - tutaj panują już zupełnie europejskie standardy obsługi i (chyba) każdy z pracowników będzie w stanie obsłużyć nas poprawną angielszczyzną. Bank oferuje szereg produktów finansowych, o których można poczytać w anglojęzycznych ulotkach i na stronie www, no i ma w miarę cywilizowaną obsługę telefoniczną. Odbiorcę przelewu zagranicznego definiuje się przez Internet, a weryfikuje dzwoniąc na infolinię.

Najważniejsze jest to, że jako rezydent nie macie limitu kont, które możecie sobie tu otworzyć. Jak coś nie pasuje, to otwierajcie drugie i nie czekajcie na rozwiązanie problemu. Dlatego od razu na początku upatrzcie sobie nie jeden, a dwa banki, z którymi chcecie nawiązać współpracę (potrzebne są dwa listy od pracodawcy - dla szefa to zwykły świstek papieru, bo pismo nie wymaga żadnej rejestracji czy wizyty w urzędzie - po prostu wydruk i pieczątka!). Warto. Z kilku powodów - po pierwsze: jeśli padnie system płatności banku numer 1 (a to się zdarza - wszystkie transakcje w Arabii wykonywane są online), to zawsze możecie wyciągnąć drugą kartę; drugi powód to śmiesznie niski limit wypłat z bankomatów, który po prostu przemilczę... Często zdarza się też, że musicie skorzystać z konta, a bank przewidział akurat, że internetowe placówki będą cały weekend nieczynne z powodów technicznych – np. za bilet lotniczy można bardzo szybko zapłacić przez Internet korzystając z systemu płatności SADAD. Mając dwa konta, ten limit jest 2x większy. Wada jest taka, że po odnowieniu rezydentury mamy nie jeden, a dwa banki do "obskoczenia" w celu przedłużenia ważności kont.

Jedna rzecz, o której już pisałem kiedyś - nie ma tutaj czegoś takiego jak prowizje czy opłaty za standardowe usługi bankowe, jak wypłaty z bankomatów czy prowadzenie konta. Przelew krajowy kosztuje w Rajhi i Sambie 20 SAR. Międzynarodowy - 90. Nie ma też kont oszczędnościowych w naszym rozumieniu - islamskie konta oszczędnościowe nie mają czegoś takiego jak "oprocentowanie" - oszczędzanie polega na trzymaniu salda na koncie i możliwość dowolnego dysponowania środkami na nim zgromadzonymi - czyli zwykły ROR tylko ma lepszą nazwę. Będą zagranicą obowiązują nas mało atrakcyjne kursy wymiany operatora karty (visa / mastercard), więc przed podróżami warto sobie założyć konto walutowe (USD, GPB, EURO) i przelać na nie odpowiednią ilość środków. Kurs wymiany będzie wtedy albo stały (1 USD to 3.75 SAR w Rajhi, 3.7579 w Sambie) albo bliski średniemu (np. przelicznik na Euro jest praktycznie taki, jak pokazuje w danym dniu Google) - i dopiero tak uzbrojonym w plastiki podróżować po świecie.

Na uwagę też wspomniany już system płatności SADAD, który do maksimum upraszcza płatności za różnego rodzaju usługi - od rachunków za telefon po bilety lotnicze (i mandaty). System jest tak wydajny, że do załatwienia czegokolwiek wystarczy znać numer referencyjny transakcji – otrzymujemy ją zwykle realizując zamówienie przez Internet. W następnym kroku otwieramy stronę Internetową banku i podajemy ów numer referencyjny w odpowiednim formularzu – po przeładowaniu strony pojawia się kwota i komentarz – jedyne co zostaje to kliknąć „zapłać” i za kilka sekund na ekranie telefonu pojawi się wiadomość SMS świadcząca o zrealizowaniu transakcji. Bardzo wygodne i do bólu proste w obsłudze. A do tego za darmo.


(bankomat HSBC dla odmiany w Bahrajnie)

Piszcie w komentarzach jakie są wasze opinie i wrażenia z bankowości saudyjskiej!

wtorek, 10 grudnia 2013

Autostrada donikąd

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wjeżdżacie… taka myśl mi chodzi po głowie od kilku tygodni w kontekście codziennego pokonywania kilkuset kilometrów po saudyjskich autobahnach. Praca zmusiła mnie do dziennego pokonywania trasy z Bahrajnu do oddalonego o prawie 200 km na północ w Arabii Saudyjskiej miasta przemysłowego Jubail. Pamiętam jak przez mgłę moje pierwsze doświadczenia sprzed kilku lat, kiedy pokonywałem tę trasę z sercem na ramieniu przez kilka dni… Teraz jeżdżąc tamtędy codziennie, nabrałem już takiej znieczulicy, że po przyjeździe na miejsce potrzebuję wypić kawę - wcześniej nie potrzebowałem.


...fota z rejestratora przyklejonego do szyby... i tak cała drogę - pobocze szerokości Daewoo Tico, na którym trwa niekończący się wyścig... Za szerokie te pobocza porobili i tyle ;)

Dlaczego?

Wyobraźcie sobie krainę, w której są szerokie na trzy do pięciu pasów autostrady, gdzie paliwo nie kosztuje prawie nic, każdy ma samochód (przeważnie z automatyczną skrzynią biegów), społeczeństwo generalnie cierpi na niedobór wrażeń, gdzie cierpliwość nie występuje jako cecha charakteru… a do tego wszystkiego policja nie ma żadnego autorytetu… i nic nie robi, żeby ten autorytet wymusić poza ustawianiem w przewidywalnych miejscach radarów, widocznych z kilometra.

To właśnie tu. Wszyscy pędzą przed siebie bez zwalniania na jakichkolwiek zwężkach czy podczas dojeżdżania do jadących przed nimi aut. Większość mistrzów prostej wyprzedza poboczem, które nie jest na tyle szerokie, żeby pomieścić cały samochód (często się też urywa lub zawiera inne ciekawostki). Na tych drogach nie ma czegoś takiego jak bezpieczny odstęp… dziś wyprzedzająca mnie ciężarówka z cyklu Ford F150 V8 przywaliła mi w lewe lusterko… Często pędzący grubo ponad 150km/h twardziele siedzą sobie na przysłowiowej "dupie" w odległości kilku zaledwie centymetrów. I długie… światła te służą do "poganiania" albo desperackiego okrzyku: "z ddrrooogggii". Twardziele w rozpędzonych Yarisach na mnie wrażenia już nie robią (ci, którzy siedzą pół metra od zderzaka nawet pewnie nie zdają sobie sprawy, że tych ich "długich" nawet nie widać). Ale jak pacjent tnie 50km/h więcej niż nakazuje rozsądek autem, które waży dwie i pół tony, to takiemu trzeba zjechać, bo nie wiadomo czy wystarczy mu refleksu na wyhamowanie jeśli trafi na upartego, co w porę nie zjedzie.

W ramach dygresji - w drodze mam dużo czasu na analizowanie zachowań różnych kierowców i chcąc nie chcąc zmusza mnie to do rozmyślań o ludzkich słabościach… te wymiany groźnych spojrzeń, te bandyckie zachowania w stylu - wyprzedzę i wyhamuję, martw się - to daje do myślenia i sprawia, że człowiek się zastanawia czy w ogóle warto się tym wszystkim przejmować… Bo co by się stało, gdyby ktoś przytarł albo przywalił - pewnie to samo, co już mi się raz przydarzyło - facet po prostu pojechałby dalej. Mnie ta przygoda nauczyła już tyle, że na Policję nie ma co liczyć, a niezgłoszony wypadek to problem. Duży problem… Nie tylko czasowy (bo na przyjazd policji czeka się całymi godzinami, jeśli w ogóle przyjadą), ale i organizacyjny - cholera wie czyim wujkiem/synem/bratem albo przyjacielem był ten, który spowodował wypadek. I czy przypadkiem nie okaże się, że to twoja wina. Miałem taki śmieszny incydent w Jeddzie, po którym nauczyłem się, że jak przywalą, to trzeba gonić i zrobić zdjęcie, bo inaczej nie ma jak dochodzić swego. A zderzak tylny do Toyoty Corolli to koszt 350SAR.


...większość nawet nie zwalnia - bo co możesz zrobić - musisz ustąpić - tego za tobą nie obchodzi czy masz gdzie czy nie...

Styl jazdy uprawiany tutaj wynikiem skrzyżowaniem jakiegoś niedoboru adrenaliny z brakiem jakiejkolwiek wyobraźni przestrzennej. W ciągu ostatnich 8 dni na tym samym odcinku drogi, w różnych miejscach naliczyłem 11 wypadków… dziś też były dwa - po jednym w każdą stronę. Za każdym razem przejeżdża się przez świeże "szczątki", omijając elementy karoserii, zderzaki i tłuczone szkło. Dziś po dzwonie w stronę Jubail samochód stał pionowo na latarni - jeszcze takiego czegoś nie widziałem… Ale to wszystko powszednieje niestety i - o dziwo - instynkt samozachowawczy powoduje dziczenie odruchów wyuczonych latami na drogach w Europie. Kilka dni temu pewien obywatel UK (wiem, bo wdałem się w rozmowę), przytarł mi na granicy zderzak - powiedział mi, że to moja wina i żebym już dorósł, i przestał za nim jechać (pojechałem za nim aż pod dom, bo skurczybyk po prostu odjechał). Po dłuższym zastanowieniu się wydaje mi się, że facet miał trochę racji, chociaż ja tak naprawdę oczekiwałem od niego ludzkiego "przepraszam".

Zastanawia mnie tylko kto zyskuje na takim stanie rzeczy - selekcja naturalna na ulicy nie obowiązuje, bo tu wygrywa ten, kto ma większy samochód i więcej szczęścia, a przecież te wszystkie wypadki, koszty napraw samochodów, pogrzeby czy opieka medyczna - to wszystko kosztuje gigantyczne pieniądze...

sobota, 23 listopada 2013

Poradnik emigranta - umowa o pracę w Arabii Saudyjskiej

Zaczynając pisać bloga nie spodziewałem się, że będę dostawał tak wiele maili od osób, które zamierzają podjąć pracę w Arabii Saudyjskiej. Zapomniałem też po prostu ile czasu zajęło mi zdobycie doświadczeń, które dziś mam. Od kilku dni chodzi mi po głowie taka myśl, żeby spisać gdzieś te wszystkie porady, których udzielam Wam w komentarzach i na maile i opublikować to w czymś na kształt poradnika. Zacznę więc od tematu, o który pytacie najwięcej, czyli: Umowa o pracę.

Warunki samego zatrudnienia w Arabii Saudyjskiej różnią się dramatycznie od Polskich. Moja polska umowa o pracę to była kilkudziesięciostronicowa książka, której przestudiowanie wymagało nie lada wysiłku. Kontrakt, który podpisujecie w Arabii będzie w porównaniu z polskim wyglądał jak streszczenie warunków gwarancyjnych lodówki... Dwie - może trzy strony, zwykle w dwóch kolumnach - w języku arabskim i angielskim. Koniecznie przed przyjazdem polecam zapoznać się z lekturą warunków podjęcia pracy - co najważniejsze - zwolnienia. Warto wiedzieć jakie macie szanse "na rozwód", w przypadku gdy zechcecie pożegnać się z pustynią i przenieść do innego kraju. Warunki zwolnienia mogą bowiem zawierać kary finansowe lub zobowiązanie pokrycia wstępnych kosztów. W trakcie rozmowy o pracę naciskajcie o to, żeby przesłali Wam kontrakt zanim jeszcze tam pojedziecie. Jeśli firma nie zechce pokazać umowy (a wiem, że tak też bywa), to trzeba się zastanowić co jest grane. Paweł poruszył kilka kwestii zatrudnieniowych w wywiadzie udzielonym dla portalu bankier.pl.

Przyjeżdżając tutaj nie miałem pojęcia o benefitach, których należy się spodziewać, a więc przyjąłem na wiarę wszystko to, co firma miała do zaoferowania i wyszedłem na tym całkiem nieźle. Ale porównując "pakiet" z tym, o czym piszą czasami czytelnicy to mogę z całą pewnością powiedzieć, że "głupi to ma zawsze szczęście". Znajomość opcji zwiększa znacznie wasze szanse negocjacyjne, bo nie wszystkie firmy grają fair i dla różnych pracowników stosują różne standardy umów o pracę. Odstępstwa mogą dotyczyć tak błahych z pozoru rzeczy jak bonus na bilet lotniczy (dla Ciebie czy dla całej rodziny; raz na rok lub raz na dwa lata; w "biznesie" czy klasie econo) lub zakwaterowanie - o miejsce w niektórych compoundach (np. w Dżuddzie) trzeba się dosłownie bić! Warto więc mieć w tym temacie deklarację na piśmie. W kwestii mieszkania nie ma zwykle miejsca na zmianę zdania, bo zwykle płaci się za cały rok z góry bez możliwości wycofania się. Warto przed znalezieniem czterech ścian pomieszkać trochę w hotelu (nawet najgorszej klasy) albo umeblowanym mieszkaniu, które opłacane jest miesięcznie, co by nie wpaść jak przysłowiowa śliwka w kompot…

Warto też dowiedzieć się zawczasu ile dni wolnych oferuje firma i jak elastyczna jest w kwestii ich wydawania. W Arabii Saudyjskiej jest 11 dni świąt w roku (2x 5 dni święto EID plus święto niepodległości). Moja firma oferuje dodatkowo 20 dni wolnych. I do tej pory nie udało mi się spotkać firmy, która oferowała by mniej, natomiast widziałem przypadki, że pracodawca proponuje dni wolnych w roku aż… 38 - zgadniecie który?

Doprecyzujcie zawczasu kwestię weekendów: tydzień pracy ewoluuje i przepisy z nim związane są bardzo elastyczne w zależności od pracodawcy, nie mniej w sektorze prywatnym obowiązuje 48. godzinny tydzień pracy, który często dystrybuowany jest jako 5 dni pracy od 8 do 18 z obowiązkowymi przerwami na modlitwę i lunch. Czasem jest to 9 godzin + pół dnia w sobotę lub co drugi weekend. Warto o tym wiedzieć przed podjęciem decyzji, bo wbrew pozorom jest tu co robić i często jeden dzień weekendu to za krótko, żeby gdzieś pojechać, coś zwiedzić, etc.

Piszcie w komentarzach o czym chcielibyście poczytać. Pomysły, które mi na szybko do głowy przychodzą obejmują kwestię wyrobienia prawa jazdy, ubezpieczenia zdrowotnego, wyboru konta bankowego (o tu to mogę pisać długo i szczegółowo) czy chociażby gdzie się udać na weekend.

PS. W Arabii Saudyjskiej, pomimo sporej biurokratyzacji sporo rzeczy się upraszcza - umowa kredytowa na samochód, którą podpisywałem dwa lata temu zawierała sześć (serio!) punktów i mieściła się na połowie kartki formatu A4!

Dodano: 24/11/2013 - koniecznie też doprecyzujcie temat paszportu: niektórzy pracodawcy zarządają Waszego paszportu w zamian za rezydencję. Wtedy o każdy wyjazd musicie się "prosić". I szczerze nie wiem, czy jest to wymóg prawny czy zwyczaj - nie widziałem natomiast Amerykanina, który oddałby swój paszport, więc nie dajcie sobie wmawiać, że wszyscy oddają. Warto też wynegocjować, żeby paszport nie tylko był zawsze z Wami, ale jeszcze żeby firma nie robiła problemu z wyrabianiem wizy wielokrotnego wjazdu (potrzebnej do opuszczenia kraju). Wiza to przydatna rzecz jeśli lubicie się szwędać (lot do Dubaju, Ammanu czy Muskatu to godzina z groszami, a bilety są tu naprawdę niedrogie... ) albo mieszkacie w Khobar, skąd do Bahrajnu jest pół godziny samochodem...

Tam mieszkam: Arabia Saudyjska

- Trochę mniej zwyczajne wydaje się życie w kraju, który jest monarchią absolutną; to każe mieć oczy szeroko otwarte. Jak państwo w tym kształcie funkcjonuje na co dzień?

- Nadzwyczaj dobrze, przynajmniej w mojej ocenie. Tutaj myśli się w perspektywie dynastii, a nie kolejnych wyborów. Podam dwa fakty - od czasu ustabilizowania granic Arabia Saudyjska nie brała udziału w żadnej wojnie, mając takie a nie inne położenie geograficzne. Fakt drugi – obecnie decyzją Jego Wysokości rozbudowywanych lub budowanych od podstaw jest około 60 uniwersytetów.

To fragment wywiadu, jakiego udzielił dla portalu bankier.pl Paweł - autor sąsiedniego bloga arabiasaudyjska-ksa.blogspot.com. Polecam lekturę, bo prezentuje bardzo zdrowy punkt widzenia o tym kraju!

niedziela, 17 listopada 2013

W Rijadzie też padało...

W drodze na lotnisko kląłem jak szewc, że tyle wody na ulicy - i chociaż o 4 nad ranem na ulicy nie było nikogo, dojazd do Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Króla Fahada w Dammam zajął mi prawie 20 minut więcej, niż zwykle. Miałem się tu spotkać z resztą ludzi z mojego działu i razem wyruszyć do Rijadu… (wycieczka 3.5h samochodem – często szybciej, niż samolotem jeśli wziąć pod uwagę czas oczekiwania na boarding, odbiór bagaży itd.). Okazuje się jednak, że za wcześnie wczoraj poszedłem spać i przespałem njusy - w Rijadzie też pada. I to zdrowo. Jeszcze nie ma informacji o ofiarach, ale w położonej na środku pustyni stolicy padało równo przez dwie godziny i…


Źródło

Z resztą zobaczcie sami co się dzieje. Wczoraj w nocy ogłoszono coś w rodzaju stanu klęski żywiołowej - mieszkańcom nakazano pozostać w domach, wszystkie szkoły mają być dziś nieczynne. Miasto (podobnie jak z resztą Dżudda), nie przesadzało z inwestycjami przeciwburzowymi - bo niby po co? Zmieniający się klimat sprawił jednak, że na twitterze już pojawiły się złośliwe komentarze: Rijad - stolicą sportów wodnych w Arabii Saudyjskiej…

niedziela, 10 listopada 2013

Deszcze niespokojne...

Od razu na wstępie przepraszam za sporą przerwę w pisaniu. Otrzymałem bardzo dużo krytycznych komentarzy związanych z tym, że tak bardzo narzekam na kulturę kraju, w którym przebywam. Prawda jest taka, że narzeka się o wiele łatwiej, niż chwali i do narzekań każdy Polak jest przecież pierwszy. Tak na dobrą sprawę wszystko zależy od nastawienia - a moje powoli się już zmienia na ten przysłowiowy "plus".

Przyleciałem wczoraj do Dżuddy. Samolot był na czas, a po wyrobieniu sobie statutu milowego Saudi Airlines coraz częściej udaje mi się nawet załapać na miejsce w tzw. "exit row", więc latanie samolotami nie jest już tak męczące – w trakcie dwugodzinnego lotu można chociaż rozprostować nogi. Hotel nie przysłał taksówki - nie ma problemu - nauczyłem się już negocjować z lotniskowymi taksówkarzami, więc nie płacę fortuny za transport (Europejczyk na lotnisku traktowany jest przez taksówkarską mafię lotniskową tak samo, jak każdy przyjezdny w Polsce - należy go hojnie wycisnąć). W hotelu dostałem "upgrade", bo nie dość, że zawalili temat podwózki z lotniska, to jeszcze dali mi pokój dla palących. Tu mała dygresja: hotele w Arabii Saudyjskiej przeważnie posiadają jedno lub dwa piętra dla niepalących (tylko), więc pamiętajcie o tym robiąc rezerwację. Jeśli palicie - to polubicie to miejsce - bo palić można praktycznie wszędzie. Choć ostatnio przybywa miejsc, w których pojawiają się znienawidzone znaki "zakazu" spożywania papierosów (lotnisko, supermarkety, z rzadka restauracje).

A wracając do tematu - w Dżuddzie padał dziś deszcz. 


Tak wygląda świat obserwowany z samochodu w kilka minut po tym jak zacznie padać...

Niby nic szczególnego, ale ludzie cały czas pamiętają wydarzenia sprzed kilku lat, kiedy 3 godzinne opady spowodowały śmierć ponad stu osób i gigantyczne straty materialne. Dżudda po dziś dzień nie ma systemu kanalizacji burzowej, więc woda lejąca się z nieba stoi na ulicach i wszelkiego rodzaju zagłębieniach aż nie wyparuje. W grunt nie wsiąknie, bo to skała. Biuro, w którym dziś rano przebywałem opustoszało jeszcze przed godziną 11 rano... Ludzie w pośpiechu ruszyli odbierać dzieci ze szkół (jeden po drugim osoby, z którymi pracowałem dostawali smsy ze szkoły z informacją, że o 12.30 szkoła zostanie zamknięta i należy zabrać dzieciaki do domów). Nie wyobrażałem sobie, że można tak poważnie traktować zwykły deszcz! W godzinach popołudniowych na ulicach było dziś... gęsto. Błoto lało się z nieba przez około 3 godziny. Strat w ludziach chyba nie było, bo do tej pory ruch zelżał - wyglądając przez okno widzę nawet, że świeci już słońce a na termometrze zamontowanym na bloku reklamowym pobliskiego banku widać liczbę 31 (stopni Celsjusza). Zima się zbliża wielkimi krokami!

poniedziałek, 15 lipca 2013

Ramadan Mubarak

Rijad nie jest jakoś szczególnie ciekawym miejscem na spędzanie Ramadanu – wszędzie pustki, witryny sklepów zabite przysłowiowymi "dechami", restauracje wyglądają jak wymarłe – krajobraz niczym z filmu o zombie. Gdyby nie umiarkowany tłok na ulicach, to można by pomyśleć, że to wymarłe miasto. Harmonogram korków na głównych arteriach dopasowuje się do godzin pracy sektora publicznego – poranny szczyt przypada na 10 rano, wieczorny – na 2-3 po południu.

W hotelach, w których do tej pory miałem przyjemność spędzać czas, kwestie żywieniowe rozwiązywane są w różny sposób - "room service" działa w czasie Ramadanu zupełnie normalnie. Śniadania za to albo serwowane są do pokoi bez dodatkowej opłaty lub zapraszani jesteśmy do zaimprowizowanej restauracji gdzieś w piwnicy czy na wyższym piętrze. O sposobie rozwiązania tego "problemu" jesteśmy informowani w bardzo dyskretny sposób przez obsługę hotelu - tu, aktualnie przebywam szeptem oznajmiono mi, że śniadanie serwowane będzie za tymi zamkniętymi drzwiami bez napisu, na prawo od windy... Konspiracja związana jest z tym, że w Arabii Saudyjskiej przestrzegane są ścisłe regulacje dotyczące spożywania czegokolwiek w miejscach publicznych w trakcie świętego miesiąca. Za niedostosowanie się można dostać pieczątkę „final exit” i bilet do domu.

Przydaje się umiejętność planowania – zakupy żywieniowe należy zrobić trochę wcześniej, bo zaopatrzenie sklepów w czasie Ramadanu będzie takie samo jak wszystko inne – słabe, ospałe, niekompletne. Nie bez przyczyny gazety informowały o wzroście sprzedaży wszystkiego co jadalne o ponad 50%. Co ciekawe ostatni "przedramadanowy" weekend również w Bahrajnie przebiegał pod znakiem zbliżającego się postu – miasto tonęło w korku, w którym ponad połowa samochodów to przyjezdni (KSA, Kuwejt, Qatar), kolejki do kas kinowych długie na kilkaset (!) metrów, kompletny brak miejsc w restauracjach serwujących dobre wina...

Po zachodzie słońca miasto wraca do życia - ludzie dosłownie wylewają się z restauracji i centrów handlowych przez całą noc - do około piątej nad ranem, kiedy poranny Adhan sygnalizuje wschód słońca - aktualnie post trwa ponad 13 godzin dziennie (porównajcie to z długością dnia w Polsce o tej porze roku). Za rok będzie jeszcze trochę dłuższy, bo zacznie się w ostatnich dniach czerwca.

niedziela, 23 czerwca 2013

Samolot z Dammam do…

Kiedyś przeczytałem taką mądrą książkę autorstwa Pana Covey'a bodajże, w której autor tłumaczył jak budować zaufanie rozmówcy przedstawiając mu zalety swojej tezy (tudzież produktu). I nie chodzi mi tutaj omawiany wielokrotnie ton wypowiedzi i prezencję osobistą, a zwykły dobór słów. Jako przykład przedstawiono następujący schemat - jak czulibyście się, gdyby pilot samolotu, którym lecicie przedstawił się wam, powiedział jaka jest pogoda na docelowym lotnisku, a następnie zakomunikował spokojnym głosem, że za 30 minut spróbujemy wylądować... I ten przykład brzmi mi w uszach zawsze, kiedy na pokładzie Saudi Airlines słyszę radosny komunikat pierwszego oficera witający nas na pokładzie Airbusa A320 z Dammam do Dżudy Inshalla. Ta "insialla" właśnie pada bez żadnego przecinka, bez pauzy, jako dodatek - dla każdego, kto posiedzi tu dłużej będzie to znak, że pilot nie bardzo wie, czy dotrzemy. Mało to budujące, zwłaszcza jak się dużo lata. Mnie ciarki przechodzą zawsze jak to słyszę... Dobrze, że na pokładzie można używać słuchawek i zażywać głośnej muzyki bez względu na fazę lotu (co w innych liniach jest niedopuszczalne).
PS. Jeśli nie czujecie, to musicie przyjechać i sami spróbować czym jest insialla :).

Inside the Saudi Kingdom

Przywódca prowincji Hail, Książe Saud bin Abdul Mohsen, siostrzeniec obecnego Króla, jest bohaterem dokumentu BBC o życiu Arabii Saudyjskiej opublikowanego niedawno na Youtube. Książe opowiada też o przemianach, jakie wystąpiły w Arabii Saudyjskiej na przestrzeni ostatnich kilku lat, o transformacji roli kobiety w społeczeństwie, a także o przewadze monarchii nad demokracją. Ciekawy dokument o świecie, w którym żyję, a o którym tak naprawdę wiem niewiele - bo saudyjską kulturą jestem zniesmaczony jak chyba większość żyjących tu "ekspatów" (co nie raz zarzucaliście mi w komentarzach). Jest też kilka słów prawie w Arabii Saudyjskiej, o słynnym zwyczaju obcinania rąk za kradzież (nie jest to tak na porządku dziennym jak nam się wydaje czytając blogi), o karze śmierci, jest też dyskusja kwestii prowadzenia samochodu przez kobiety widziana oczami Księcia (okolice 43. minuty), a na wet o tym, że w Saudi tylko nieliczni odnajdują frajdę w czytaniu książek (innych niż Ta jedyna). Poruszono też kwestię policji obyczajowej w Arabii Saudyjskiej, która spotyka się w kraju z coraz większą krytyką - zarzuca się jej, że pracowników rekrutuje z byłych skazańców, którzy uczą się Koranu na pamięć i w zamian za to otrzymują skrócenie wyroku i... pracę (tej plotki uczestnicy reportażu nie chcą jednak potwierdzić). Pod koniec jest też sporo o finansowym aspekcie małżeństwa i o tym, jak duży wpływ ma ono na życie młodych Saudyjczyków, którzy płacą sporo za rękę osoby, którą widzą po raz pierwszy w dniu ślubu (jakby to po naszemu - kupują przysłowiowego kota w worku, a po czym spłacają go przez kolejnych 10 lat). Warto, polecam, ot - celem poszerzenia horyzontu.

Jest Weekend!

Kilka godzin temu (dosłownie) ustanowiono, że weekend w Arabii Saudyjskiej będzie rządził się takimi samymi prawami, jak w pozostałych krajach GCC. Tutaj nikt się nie rozdrabnia na jakieś czteroletnie etapy przejściowe albo dyskusję publiczną - dziś ustalone prawo wchodzi w życie w najbliższą sobotę. Tzn. w niedzielę... tzn. najbliższy czwartek będzie początkiem trzydniowego weekendu, po którym już kolejne zaczniemy świętować jak wszystkie kraje w regionie, czyli w piątek i sobotę.

Decyzję podjęła ta sama Shura Council (przepraszam, ale nie wiem jak nazywa się polski odpowiednik tego ciała ustawodawczego), która od dłuższego czasu opierała się zmianom stawiając religię jako podstawę tego stanu rzeczy - nie można przecież "tak samo jak u Żydów i Chrześcijan".

Arabia Saudyjska była ostatnim krajem, w którym weekend przypadał na czwartek i piątek. Oman, w którym cykl weekendowy był do niedawna taki sam, wprowadził zmiany na początku maja bieżącego roku. Ciekaw jestem jakie implikacje przyniesie ta zmiana dla szarego człowieka. Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy to w jaki sposób rozegrać zaklepany już urlop, którego dat zmienić nie mogę, bo straciłbym bilety (wylot w czwartek), a dni urlopu wolnych już nie mam. Ciekaw też jestem w jaki sposób odbije się to na czasie oczekiwania na przejazd przez granicę w Bahrajnie - do tej pory weekend rozłożony był na dwie fazy - Saudyjczyków przyjeżdżających w nocy ze środy na czwartek i obywateli Qataru / Kuwejtu, które swoje weekendowe podróże zaczynali w czwartkowe popołudnia... Teraz bahrański weekend będzie się pokrywał z Saudyjskim - szykują się nie lada korki.

BTW. artykuł z wczorajszego wydania rp.pl okazał się jednak prawdą.

sobota, 1 czerwca 2013

Kobieta za kółkiem

Wczoraj doznałem szoku - na światłach obok zatrzymała się taksówka. Typowy London Cab, logo firmy wożącej ludzi z lotniska do centrum. A za kierownicą kobieta w typowym stroju - abaja, półotwarty niqab (tzn. usta i oczy odsłonięte, ale cała twarz szczelnie otoczona czarną szmatą). Kobieta pracująca! Takie sceny tylko w Bahrajnie. Bo profesja "kierowniczki" nie znajduje się na liście zawodów dozwolonych dla kobiet (więcej tutaj).

A jak to naprawdę jest z kobietami jeżdżącymi w Arabii Saudyjskiej? Tak naprawdę to nie ma tam prawa zabraniającego kobietom prowadzić. Kiedyś w rozmowie z Saudyjczykiem dowiedziałem się nawet, że król nie broni - ale pyta przy okazji - "a Ty dałbyś swojej żonie samochód prowadzić…"? Ja bym nie dał. Sam się źle czuję jeżdżąc tutaj samochodem. Jeddah, to - z punktu widzenia motoryzacji - dzikie miasto. Nie wiem czy jakikolwiek pasjonat samochodowy powiedziałby, że jazda samochodem sprawia mu tu frajdę. Ale wracając do kobiet…

Jest jeszcze jeden horyzont dyskusji zróżnicowania płciowego na drogach krajowych - kobieta prowadząca samochód traci przywilej "bycia wożoną". I jak popatrzeć na to z tego punktu widzenia, to można się doszukać pewnej zależności - mąż, który musi wozić żonę po sklepach/rodzinie/znajomych/centrach rozrywki wieczorami, nie ma czasu na szukanie kolejnej żony, którą będzie się już mógł zajmować w wolnym czasie (a jak wiadomo, Szariat dopuszcza posiadanie do czterech żon). Ma to sens?

Z drugiej jednak strony, nie mając samochodu w Arabii Saudyjskiej to trochę jak bez ręki. Jest się zdanym na łaskę taksówkarzy, bo transportu publicznego jako takiego po prostu nie ma. A taksówkarze to w 99% obywatele trzeciego świata, którym brak obycia w kontaktach z saudyjskimi kobietami (często kobiet wozić po prostu nie chcą), czy też powodują niezdrowe sytuacje na tle płciowym (Women tell tales of taxi drivers). Sytuacja trochę bez wyjścia - bo społeczeństwo po prostu nie jest jeszcze gotowe na kobiety za kółkiem. Podobnie z resztą jak nie jest gotowe na kobiety w samolotach, kobiety w szpitalach, kobiety w sklepach, kobiety w szpilkach. I co ciekawe, termin "kobieta" najwyraźniej nie obejmuje tutaj Azjatek, których jest tu pełno w zawodach, do których pełnienia "te prawdziwe" przedstawicielki płci pięknej gotowe nie są.

Moja szefowa ma prawo jazdy i samochód. I szofera. Wszystkie kobiety u mnie w firmie mają prawo jazdy (amerykańskie, europejskie, czy to z Qataru, Kuwejtu lub UAE). I żadna nie tęskni za koniecznością prowadzenia samochodu na drogach Rijadu czy Dżuddy. Bo to żadna przyjemność. Sam jeżdżę tylko, kiedy muszę.

wtorek, 28 maja 2013

It's more fun in the Philippines (part II)

Dzień zaczął się bardzo wcześnie - musieliśmy zebrać się jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć na samolot w oddalonym o ponad 100km mieście Naga. Pobudka, pakowanie, podróż zamówioną wcześniej taksówką do portu w Caramoan - załadunek na małą (szybszą tym razem) łódkę i 2 godziny przy dźwiękach diesela kołysząc się na fali zatoki Lagonoy. Wschód słońca był po prostu obłędny:



Kolejna godzina w ciasnym busie i byliśmy na lotnisku. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że lot do Manili będzie chwilę opóźniony, ale to nie problem, bo nasze połączenie do Boracay zostało odwołane. Z uśmiechem na ustach czekaliśmy na żółty samolot Cebu Pacific. W Manili zaczęły się schody - samolotu nie ma, następny dopiero za dwa dni, w ogóle to o nas zapomnieli. Żona zrobiła straszny raban. W ich języku. Hala odlotów lotniska krajowego w Manili jest wielka, głośna, zatłoczona i nieklimatyzowana, toteż o awanturę nie trudno.

Po pół godzinie negocjacji udało się załatwić połączenie do oddalonego o 1,5 godziny taksówką od Boracay lotniska Kalibo. Plus cztery vouchery na bilety krajowe w ramach rekompensaty za stracony dzień cennych wakacji!

Do hotelu dotarliśmy późnym wieczorem. Nie było już ani czasu, ani sił na zwiedzanie plaży. Plaża była rano - po śniadaniu.



I nie wiem co jeszcze mogę dodać - piękny, biały piasek (za którego wywożenie grozi kara więzienia!), czyste niebo, trzy kilometry czystej plaży i pełno turystów. Każdy hotel ma wydzielony swój kawałek plaży. Niezliczona ilość restauracji, barów, sklepów i ośrodków turystycznych oferujących wszystkie znane ludzkości aktywności rekreacyjne - od quadów, przez wycieczki motorówkami, skutery wodne, kitesurfing, bungee… a dla spragnionych ciszy - cień Cocos nucifera na leżaku i dobra książka.

Oceńcie sami:











Raj na ziemi? Polecam, bo warto. Pogoda gwarantowana, ludzie uśmiechnięci (choć nie na leży przesadzać z zaufaniem i mieć na oku swój dobytek). Szkoda tylko, że tak strasznie daleko tam jest (GMT+8).

niedziela, 26 maja 2013

O, Toyoto...

Już kiedyś wspominałem, że logo Toyoty powinno być elementem godła każdego z krajów GCC . Producent ten jest tutaj tak częstym elementem krajobrazu jak sama pustynia albo meczety - nie ma tutaj miejsca, w którym nie dałoby się w ciągu 5 minut dojść do jakiegoś meczetu. Jest jednak takie miejsce, w którym posiadaczy Toyot jest więcej… niż dużo – stacja benzynowa. Jakże istotnym problemem jest to, że wszystkie otwory do tankowania w autach w tych krajach znajduje się w związku z tym na bakburcie. Producent nie przewidział tak dużego zagęszczenia produktu w jednym kraju i w ramach unifikacji produkcji, a może i po trosze, co by beżowych kierowców w błąd nie wprowadzać – umieścił wlew baku po lewej stronie auta. Podobnie postąpili inni producenci marek często występujących w tych krajach.

I jak jest i tego efekt?



Ja swój równie japoński pożeracz taniego paliwa tankuję zawsze bez kolejki…

wtorek, 14 maja 2013

Do pracy, rodacy!

Wyobraźcie sobie świat, w którym zawód hydraulika, taksówkarza, murarza, pielęgniarki, dekarza, opiekunki do dziecka, stolarza, kelnera czy jakikolwiek inny, który nie wiąże się z bezczynnym siedzeniem za biurkiem w otoczeniu konsultantów biznesowych z IBMa czy Oracle-a byłby - delikatnie mówiąc - uważany za niegodny Waszego pochodzenia. Wasza rodzina wręcz z obrzydzeniem patrzyłaby na Was, jeśli nie mielibyście pozycji, w której tak na dobrą sprawę jedyną czynnością, którą wykonujecie sami, a nie delegujecie nisko opłacanych imigrantów jest wycieczka do kibla...

Trzy miesiące temu w Arabii Saudyjskiej wybuchła "bomba zatrudnieniowa". Ministerstwo pracy rozpoczęło agresywną kampanię, której długoterminowym golem ma być saudyzacja rynku pracy. Te miliony studentów powoli zaczynają wracać z zagranicznych studiów i szukają roboty - gazety piszą o niedostępności rynku dla młodych, o bezrobociu, o tym, że pracodawcy wymagają nie tylko dyplomu, ale i doświadczenia (no jakże tak można!), no i dziwią się, że Saudyjczyk nie chce pracować za 1500 SAR, kiedy minimalna płaca w sferze budżetowej to 3500 SAR. Rozpoczęły się kontrole w biurach - nawet moja firma wydała specjalne rozporządzenie opisujące w szczegółach w jaki sposób zachowywać się w przypadku nieoczekiwanej kontroli w miejscu pracy. Nadzór w szkołach i na budowach sprawił, że wiele uczelni zdecydowało się na przedwczesne wakacje(!), place budowy opustoszały, a konstrukcje uliczne zamarły w kompletnym bezruchu...

Dlaczego? O przyczynach tego stanu rzeczy pisać nie będę - powiedzmy sobie, że nie do końca tutaj wszystko jest tak, jak być powinno w kwestii ściągania nisko opłacanych "tzw. Niewykwalifikowanych" pracowników zza granicy.

Państwo ogłosiło trzymiesięczny okres przejściowy, w trakcie którego pracownicy "legalni inaczej" mogą się starać o wyprostowanie swojego statusu bez konsekwencji lub - jeśli nie są poszukiwani za jakieś przestępstwa - wystąpić o możliwość powrotu do domu (również bez paszportu). Nagle okazało się, że z tej drugiej opcji chce skorzystać kilkaset tysięcy ludzi, dla których przyjazd do Arabii Saudyjskiej do pracy kończył się zabraniem paszportu przez pracodawcę i niewolniczą harówa za marny grosz. I nie oszukujmy się - tutaj pracowników z Azji traktuje się o wiele gorzej (i płaci się o wiele mniej) niż tym nieszczęśnikom, którzy z roku na rok dają się nabrać na work&travel i przepadają na plantacjach truskawek w południowej Hiszpanii na całe miesiące...

Liczby są zatrważające - w dzisiejszym wydaniu Arab News przytoczono następujące dane: 6 tysięcy obywateli Pakistanu, 60 tysięcy (!) Hindusów, prawie 10 tysięcy Filipińczyków, 7 tysięcy obywateli Sri Lanki - tyle ludzi zgłosiło się w maju do urzędów, by w ramach "amnestii" móc legalnie i bez żadnych konsekwencji opuścić Arabię Saudyjską! Ciekawe, że gazety nie dostrzegają tutaj żadnego problemu ani też nie węszą przestępstwa popełnianego przez obywateli Królestwa, którzy tych nieszczęśników tutaj w końcu sprowadzili i niejako też zmusili do pewnych nielegalnych zachowań...

W cieniu tych rewelacji pojawiają się też optymistyczne informacje - success stories młodych, ambitnych Saudyjczyków, którzy po miesiącach starań wreszcie znajdują upragnioną robotę w Starbucksie, w sklepie (według dzisiejszego wydania gazety, w oczach Saudyjczyków "praca za kasą do niedawna była uważana za hańbiącą") czy szkole jako nauczyciel(ka) języka angielskiego - do tej pory wymogiem bezwzględnym był akcent brytyjski lub amerykański, ale... na w obliczu kontroli, pracujące na czarno żony anglojęzycznych ekspatów przestały przychodzić do pracy i zrobił się problem.

Konsekwencje tego stanu rzeczy będą już lada moment widoczne w braku taksówek, wyższych cenach ubrań w sklepach, a pewnie też i w kosmicznych opóźnieniach przy konstrukcjach dróg, mostów, wieżowców... Ale może i pozytywnie wpłynął na społeczeństwo i sprawią, że zawody, do których w mniemaniu Saudyjczyków kwalifikacji nie potrzeba, staną się godne ich samych. I być może w końcu zawód "inżyniera" przestanie być kojarzony ze zmęczonym Filipińczykiem w zniszczonych butach pracujących w baraku obok fabryki po 12 godzin na dobę, a zacznie być godna białej sutanny i zdobionych złotem tatusiowej fortuny sandałków?

Tylko co na to rodzina powie... ?

Dla tych, którzy szukają, ministerstwo pracy (MoL) oferuje 2200 miejsc pracy, bo w obliczu zaistniałych regulacji brakuje im ludzi do wypełniania papierów i obsługi petentów - jak to w urzędzie od 7 do 14, płaca minimalna, ambicji zero, szans na awans brak. Z jakiegoś powodu ci wykształceni tam nie chcą pracować, a tych niewykształconych przyjąć nie można, bo w takich urzędach tylko błękitno krwiści mogą zaszczytu dostąpić. I znów centralnie planowana gospodarka nie rozumie w czym tkwi problem.

A może będzie to powód do tego, by w końcu jakość życia jak i oferowanych przez samych Saudyjczyków usług się podniesie. Bo dziś niestety jest tak, że o jakości mówi się tylko w kontekście połysku nowozakupionych modeli Toyoty. Bo to, co świadczą za psie grosze "niewykwalifikowani" jest wprost proporcjonalne do nakładu finansowego, które oferuje się im w zamian za wykonanie usługi. Ci, którzy widzieli wykończenie pokoju w pięciogwiazdkowym hotelu w Arabii Saudyjskiej, podejście do klienta w sklepie albo prowizorki mieszkaniowe w drogich "compoundach" wiedzą o czym mówię.

PS. Paweł w bardzo cięty sposób przytacza jeszcze jeden problem, mniej związany z finansami, a bardziej z obyczajem i religią: Sprzątanie czyli czego nie powinni robić faceci - ale na tego rodzaju zmiany jeszcze nie czas.

sobota, 11 maja 2013

Proszę przodem, proszę...

Oczekiwanie w kolejce do wstępu na pokład samolotu na lotnisku w Dammam: kilkadziesiąt osób stoi cierpliwie w długim ogonku, przy drzwiach kasują bilety... Dwóch radosnych Saudyjczyków podchodzi z boku bez czekania i jakby nigdy nic przedstawia bilet z roszczeniem wpuszczenia na pokład. Szybkie spojrzenie z miną "gdzie się pchasz pustaku jeden?" sprawia, że agent serdecznie się uśmiecha (Saudyjczycy to najprzyjaźniejsi ludzie na Ziemi - każdy to powie!), a następnie pokazuje mi, żebym szedł przodem. Dziękuję panu! Ale pięćdziesiąt osób za mną musiało to przełknąć... Nikt nic nie powiedział.

Dotarłem do biura. Sytuacji na ulicach opisywać nie będę, bo będąc w Dżeddzie nauyczyłem się już po prostu nie zwracać na ten syf uwagi - jeżdżę taksówkami... Podchodzę do recepcji, podaję imię i nazwisko klienta, z którym mam umówione spotkanie, przedstawiam swoje ID i... ktoś w połowie zdania robi dokładnie to samo. Z doskoku. Jakby mnie tam nie było i oczekuje obsługi natychmiast. Mało tego, w trakcie wymiany zdań podchodzi osoba trzecia i bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na cały świat - zadaje o coś pytanie, angażując uwagę recepcjonisty w stopniu uniemożliwiającym obsługę dwóch już oczekujących zdarzeń ...

Tak, teraz już wiem, to nie był sen - po prostu wróciłem do Arabii Saudyjskiej. Ten jakże normalny obrazek braku wychowania, chamstwa i nie wiem czego jeszcze to tutaj normalna rzecz... W języku komputerowym powiedziałbym, że cały ten funkcyjny bajzel oparty jest na przerwaniach ;)

Zderzenie z rzeczywistością po wakacjach jest nieuniknione. Wszędzie te nieogolone, złowrogie twarze. Z każdej strony złość i wilcze spojrzenia... Ehh... 4 dni pozostały do weekendu.

PS. Osobom, które sporo latają polecam lekturę książki The Naked Pilot: The Human Factor in Aircraft Accidents autorstwa Davida Beaty-ego (ostatnie wydanie z 2011 roku). Spośród wielu analizowanych tam przypadków tzw. czynników ludzkich i ich wpływu na przebieg katastrof lotniczych, szczególnie jeden kwalifikuje się jako odpowiednik nagrody Darwina (tej, w których punkty przyznaje się za bezsensową śmierć). Szkoda tylko, że razem z kapitanem odeszło prawie 300 osób... Rijad, Saudi Airlines z 1980 roku. Coraz mniej beztrosko pakuję się na pokład beżowych samolotów...

piątek, 10 maja 2013

It's more fun in the Philippines (part I)

Już wróciłem. Przeżyłem wspaniałe dwa tygodnie w najbardziej egzotycznym i pełnym skrajności kraju, w jakim do tej pory przyszło mi być. Filipiny to kraina niesamowitych, nieodkrytych jeszcze dóbr przyrody, w której centrum leży olbrzymia, przeludniona, zatłoczona, głośna i gorąca stolica - Manila. Miałem przyjemność doświadczyć trzech różnych obliczy tego pięknego miejsca - spędziłem kilka dni na wyspach Caramoan, później zakosztowałem typowego "komercyjnego wypoczynku" Boracay, by w końcu wrócić do Manili i zażyć trochę mieszczaństwa...

Pierwsze co rzuca się w oczy po wylądowaniu, to tłok. Wszędzie jest pełno ludzi... O wiele więcej niż w godzinach szczytu na skrzyżowaniu pod Rotundą w Warszawie. Od lotniska po centra handlowe w Manili - wszędzie jest kolokwialnie mówiąc "dziki tłum". Wszędzie pełno policji i umundurowanych osiłków z wykrywaczami metalu. Do tego jest gorąco - i bardzo, bardzo wilgotno. Klimatyzacja to luksus, na który nie wszędzie można sobie pozwolić - tutaj jest za to wszędzie dużo wentylatorów - różnej maści i przewiewu. W terminalu krajowym nr 2 lotniska w Manili (NAIA - Ninoy Aquino International Airport) nie ma klimy wcale - tłumy ludzi smażą się w kolejkach do odprawy/biletów/kas. Ale jest wesoło. Wszyscy mają uśmiech na twarzy, nie znajduję tutaj poważnych do bólu i groźnych arabskich brodatych min, tak popularnych w Beżowym Świecie... I wszędzie wiszą takie czy inne formy reklamy, która stała się hasłem Filipin - It's more fun in Philippines!

 
Jeśli już jesteśmy przy lotniskach, to warto pamiętać, żeby mieć ze sobą drobne na różnego rodzaju opłaty i prowizje. Jakieś takie śmiesznie drobne opłaty, pobierane w kilku niezależnych miejscach na lotnisku to tu niestety normalna praktyka. Jakby nie można tych kilku (dosłownie) groszy zawrzeć w cenie biletu - więc po odstaniu w kolejce po bilet, czekamy w ogonku żeby uiścić opłatę lotniskową, by w końcu opłacić klimatyczne (czy jakąś taką formę opłaty środowiskowej). I nie chodzi nawet o wysokość tych opłat, bo są śmiesznie niskie*, ale o niewygodę organizacyjną, którą one powodują.

Pierwszym stopem na mapie filipińskiej przygody był lot z Manili do położonej w centrum archipelagu Nagi (Miasta Naga? - nie wiem czy powinienem nazwę odmieniać czy nie, ale w końcu polski język...). Lądowanie w Naga City to już przeżycie samo w sobie - pas startowy jest tak krótki, że rozpędzony ATR 72 ma tylko jedną szansę "przywalić" o ziemię (dosłownie) - jedno z najtwardszych lądowań jakich doświadczyłem, po którym następuje bardzo gwałtowne - wręcz dramatyczne hamowanie.


Wycieczka po płycie lotniska i odbiór bagażu prosto z wózka i... nie załapałem się na taksówkę. Lotnisko opustoszało. Kilka minut później udało się jednak złapać podwózkę - prawie dwie godziny na wschód aż skończyła się droga... Tutaj znów okazało się, że ostatni "prom" tego dnia już odpływa, ale pracownicy "przystani" pomogli nam załadować się na pokład.


To był ostatni raz, kiedy widziałem moje buty. Tak - jeśli ktoś ma złudzenia, że w można w te okolice pojechać w trampkach, to się grubo myli. Albo boso, albo w klapkach.


Podróż dookoła wyspy w drodze na Caramoan trwa około 2,5 godziny. Nurząca i głośna, ale trzeba przebrnąć. Po dotarciu do Caramoan, jeszcze jedna wycieczka i jesteśmy w domu...



Gota Village - ośrodek, w którym mieszkałem to budząca się do życia baza turystyczna, dofinansowana imprezami typu "Survival Caramoan", w której znajdują się całkiem przyzwoicie wyposażone domki turystyczne. Klimatyzacja jest, więc robactwo i inne przyjazne filipińskie stworzonka trzymają się z daleka. A jest tego zwierzyńca sporo. Wszystko, co tylko przychodzi Wam do głowy myśląc o Waszej żonie/matce/kochance wrzeszczącej na stołku w kuchni w obliczu pająka w kuchni - tutaj znajdziecie. Od mrówek, przez karaluchy, po jaszczurki, iguany i węże. Mniam... W odróżnieniu od Tajskiej, kuchnia filipińska jednak nie czerpie z bogactw naturalnych i główną potrawą jest tutaj ryż. Z wieprzowiną.

 

Caramoan to popularna baza wypadowa na zwiedzanie okolicznych wysp. Znajdziecie tutaj wielu chętnych do oprowadzenia "taksówkarzy", którzy w małych, maksymalnie 10 osobowych katamaranach gotowi będą za drobną opłatą przedstawić wam najpiękniejsze z tych 7107 filipińskich wysp. Widoki robią niesamowite wrażenie.


O czym nie wiedziałem, a później żałowałem:

1) trzeba mieć porządne klapki (najlepiej takie zamknięte gumowe, do łażenia po rafach albo drobnego hikingu)
2) warto przed wycieczką zaopatrzyć się w kostium do nurkowania, bo jednak czasem można się o coś sparzyć w tej krystalicznie czystej wodzie (albo otrzeć o ostrą rafę)
3) pamiętać o wodoszczelnych opakowaniach na wszelkiego rodzaju elektronikę i aparaty foto (np. takich lunch boxach próżniowych albo plastikowych słoikach), bo jednak te katamarany jakiegoś zaufania nie wzbudzały...
4) warto też mieć maskę do nurkowania, bo widoki są jak z innej planety...

...a skoro o widokach, to popatrzcie sami:








Po trzech dniach takich pejzaży, jeszcze przed wschodem słońca udałem się w drogę powrotną do Manili (30 minut na skuterze, 2 godziny w katamaranie, kolejna godzina w taxi i samolot... ), ciekawy co mnie czeka w Boracay...

 
C.D.N.

*) opłaty przy locie krajowym to równowartość kilku USD. Na zaprezentowanym powyżej zdjęciu widać kwitek na 550 pesos, czyli około 40PLN, bez których nie chcą nas wypuścić z kraju ;) - tak bardzo kochają turystów.

czwartek, 25 kwietnia 2013

OOF

Bilety kupione, "zaczekinowany" na lot, walizy spakowane, baterie w aparacie naładowane, telefon służbowy wyłączony. Naenergetyzowany lekturą bloga W Azji - panie i panowie, udaję się na zasłużony wypoczynek na bardzo Dalekim Wschodzie. Podoba mi się, że do większości krajów Azji Wschodniej Polacy nie muszą mieć żadnych dodatkowych wiz / papierów, umożliwiających wjazd (dla porównania - Filipińczyk podróżujący do swojego własnego kraju musi w ambasadzie wystąpić o pozwolenie na powrót!). Jestem niesamowicie ciekawy wygląda świat w strefie czasowej GMT+8.

piątek, 19 kwietnia 2013

Fotoporządki II

C.d. porządkowania telefonu:

Uprawy na pustyni ... tylko czego? Widok z samolotu, około 500km na północny zachód od Rijadu (wracałem akurat z Arar). Widok iście kosmiczny - uprawy te są doskonale widoczne na zdjęciach satelitarnych Google Maps.
 
To nie tak, że się nabijam albo wyśmiewam - oni sami nie pozostawiają dużo miejsca na interpretację. I nikt mu nic nie może zrobić, bo facet jest pewnie w prostej linii spokrewniony z kimś, kogo brat/wujek/ojciec jest wyższej rangi urzędnikiem państwowym. Co ciekawe, policja często czepia się ciemnych szyb i nie raz widziałem jak trochę ciemniejszy obywatel Azji Wschodniej zrywał folię na poboczu... Ale trzeba przyznać, patriota. Rijad, 2012.
 
Do czego służą wycieraczki i spryskiwacz w kraju, w którym (praktycznie) nie pada - widać na tym zdjęciu. Posiadacze okularów powinni doskonale wiedzieć o czym mówię. Takie warunki pogodowe gwarantowane od maja do sierpnia na zachodnim, jak i wschodnim wybrzeżu Półwyspu Arabskiego. Zdjęcie zrobione na przejściu granicznym z Bahrajnem w czerwcu 2012.
 
Nieśmiałe przebłyski sztuki kultywowanej w "innej" Dżuddzie (Jeddah - nie lubię tego rodzimego tłumaczenia, ale cóż, poprawnym trzeba być...). Ciężko ocenić czy to jeszcze ekstrawagancja czy już kicz - w Arabii Saudyjskiej sztuka ma ciężko ze względu na ograniczenia religijne, jednak w Dżuddzie tu i tam pojawiają się przebłyski jakiejś myśli artystycznej. Szkoda tylko, że wszystkie te obiekty użyteczności publicznej niszczeją w słońcu bez jakiejkolwiek nadziei na utrzymanie.
 
I zagadką pozostanie cel publicznej ekspozycji roweru, bo z oczywistych względów nie jest to jakiś mega popularny środek transportu w tym kraju - chyba, że komuś życie nie miłe...  
 
 
Tu jeszcze dowód na to, że Dżudda jest inna. Jak dotychczas to najbardziej obsceniczny obrazek, jaki kiedykolwiek zaobserwowałem publicznie w Arabii Saudyjskiej ;)