środa, 20 sierpnia 2014

Zagraniczny ślub - tylko jak?

Nie pochwaliłem się publicznie, ale pod koniec ubiegłego roku udało mi się ożenić. Sytuacja o tyle ciekawa, że pomoc w zdobyciu dokumentu uprawniającego do legalnego posiadania dzieci w Krajach Arabskich przyszła z najbardziej nieoczekiwanego miejsca…

Polak Polkę poślubi w każdym miejscu na ziemi gdzie uznaje się istnienie Polski. Najszybciej w polskiej ambasadzie, ale i lokalny urząd nie powinien robić dużych problemów. Jeśli narzeczeni nie są z tego samego kraju, to jest już trudniej. A jeśli jedno z was nie jest z Europy, to trzeba się uzbroić w cierpliwość. Bardzo dużo cierpliwości przez duże C.

Kolejne ambasady rozkładały ręce, mnożyły formalności i prześcigały się w ilości certyfikatów, zaświadczeń i wymaganych do małżeństwa papierów. Polacy ubiegający się o ślub zagranicą dostaną z urzędu "dokument uprawniający do zawarcia związku małżeńskiego za granicą". To taki punkt startowy - pamiętajcie tylko, że taki dokument można uzyskać jedynie bezpośrednio w USC. Jeśli Was nie ma w kraju to… polecam pozyskać go przy okazji wizyty w kraju. Pomoc polskiej ambasady w zdobyciu tego dokumentu to karkołomne zadanie, którego finał może wystąpić w czasie bliskim końca ważności dokumentu uprawniającego do zawarcia związku za granicą… ten jest ważny tylko 3 miesiące. Moja żona dostała w ambasadzie w Bahrajnie dokument dokładnie taki, jaki wymaga prawo kraju, w którym się żenimy. W Warszawie dostała takie pismo po polsku od ręki w ciągu godziny - ot różnica poziomu "usług konsularnych". Ale na niewiele nam się to przydało.

Poślubić nie Polaka w Polsce to nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę 30 dniowy okres oczekiwania pomiędzy złożeniem dokumentów a finalnym "biorę Ciebie za żonę i ślubuję ci…". W obydwu przypadkach wymagana jest też obecność przysięgłego tłumacza. Tego samego! Pół biedy, jeśli w kraju żony oficjalnym językiem urzędowym jest angielski. Jeśli nie, to trzeba też zmusić urzędnika na przymknięcie oka na ten fakt i ubłaganie o nieangażowanie egzotycznego tłumacza. W związku z brakiem tak długich wakacji i bareizmem wylewanym na nas z każdego zakątka urzędowych czeluści - odpuściliśmy. No ale rodzice zawiedzeni… W kraju mojej małżonki było jeszcze zabawniej, bo tłumacze języka polskiego nie występują (i mimo, że taki tłumacz na nic by się nie przydał, to z jakiegoś powodu jest przez prawo tam wymagany). Więc w ogóle drogę poślubienia w kraju ojczystym z żalem odpuściliśmy. No nie da się po prostu.

Są takie miejsca, gdzie ślub można wziąć przy zachowaniu minimum formalności - wymagany jedynie akt urodzenia, formalne oświadczenie o niezamężności i opłata - to wszystko. Jednym z takich miejsc jest Cypr. I z tego co czytałem, to biznes weekendowych małżeństw jest tam całkiem spory. Problemem okazało się zdobycie wizy, bo ambasady Cypru w Bahrajnie nie ma, a podróżowanie do innego kraju tylko w celu wizyty w ambasadzie bez gwarancji, że wszystkie papiery są OK to ryzyko, którego nie chcieliśmy podejmować bez wyczerpania innych opcji (Cypr nie należy do Schengen, przez co ważna jeszcze wiza mojej żony okazała się o kant … stołu potłuc).

Honolulu? - za daleko. Las Vegas - czemu nie - jako ostatnia możliwość. W USA bywam regularnie, oboje z żoną mamy ważne wizy - nie powinno być problemu. Mając ten komfort psychiczny postanowiliśmy spróbować jeszcze jednej rzeczy - z ciekawości zasięgnąć języka odnośnie możliwości wzięcia ślubu w Bahrajnie. Procedura uproszczona do absolutnego minimum - tylko te dokumenty trzeba jakoś mieć… Mój papier z USC zdążył już stracić ważność, o czym przypominała klauzula wypisana wielkimi, drukowanymi literami na szczycie przysięgłego tłumaczenia. Poza tym wszędzie na świecie oczekuje się czegoś, co nazywa się "non marriage certificate", a nie dokumentu uprawniającego do… Technicznie są to dwie różne rzeczy, prawda? Żony tłumaczenia okazały się pomieszane (certyfikat niezamężności był atestowany przez jej ambasadę jako akt urodzenia, a akt urodzenia przetłumaczony jako certyfikat niezamężności). Gdzieś tam naprędce zrobiliśmy badania krwi potwierdzające, że żadne z nas nie ma HPA, HPB czy HIV i z plikiem dokumentów poszliśmy do odpowiednika USC w Bahrajnie. Słaba znajomość języka i różnice kulturowe sprawiła, że nie do końca wytłumaczyliśmy cel naszego pobytu w tamtejszym USC i zamiast tylko zweryfikować dokumenty, dostaliśmy z marszu akt małżeństwa. Na niedokończone lub nie do końca pasujące do realiów dokumenty machnął ręką - w końcu dla tak błahych powodów nie można odmawiać prawa do szczęścia młodej parze! Wytłumaczyliśmy, że Polska nie wydaje takich dokumentów, jakie są wymagane - nie ma problemu. Pokazaliśmy, że dokumenty są odwrotnie zbindowane przez czeski błąd żony ambasady - wszystko w porządku. Ludzie robią błędy!

Pogratulował, podziękował, skasował nas na BD 7.50 i wydrukował oficjalny akt i kopię zawarcia związku małżeńskiego, a później wskazał jeszcze miejsce, w którym możemy wykonać tłumaczenie na język angielski. Od ręki! (za kolejne BD 5)

Przed przekazaniem dokumentu urzędnik wspomniał jeszcze, że jeśli chcę, to starym arabskim zwyczajem w ciągu 7 dni mogę się ubiegać o rozwód bez konsekwencji, czym bardzo naraził się mojej żonie. Ale tak tu jest…

Żona ma już paszport ze zmienionym nazwiskiem - wygląda to komicznie, bo te polskie nazwiska u kobiet w formie męskiej wyglądają sztucznie. Próbujemy teraz czegoś nowego - w jaki sposób polecieć w odwiedziny do teściów w Polsce. Okazuje się, że najprościej jest… kupić teściom bilety do Bahrajnu albo na jakąś inną egzotyczną podróż i tam się z nimi spotkać. Przyjazd do Polski po ślubie może się okazać dla nas wyzwaniem o wiele większym, niż kiedy zaproszenie dla żony wystawiała moja mamuśka (za co Jej niezmiernie dziękuję!). Teraz ja - jako sponsor - muszę żonę zaprosić, a przy okazji przedstawić wyciąg z konta, bilety i ubezpieczenie… (rezerwacja czy ubezpieczenie to nie problem, ale z tym kontem to poza wydrukiem ze strony internetowej niewiele mogę zrobić, bo banki w Arabii takich zleceń nie realizują). Zdam relację jak to się dalej potoczy.

Szczerze, przez myśl nie przeszło mi, że to może być tak trudne do osiągnięcia. Nasi przyjaciele, z których on jest Francuzem, a ona pochodzi z Malawi mieli podobne obawy. Okazało się, że zdobycie wizy Schengen dla niej polegało na wizycie w ambasadzie wraz z mężem i uściśnięciu ręki ambasadora, w końcu jadą w odwiedzić rodzinę, a nie kraść czy zabierać pracę Francuzom... Niby ta sama Europa…

czwartek, 14 sierpnia 2014

Mandaty, wizy i znikające posty?

Dostałem mandat. W Arabii Saudyjskiej wszystko teoretycznie jest gdzieś monitorowane. Wypożyczasz samochód - momentalnie dostajesz SMSa z informacją, że na Ciebie zarejestrowane jest auto o numerach XYZ. Przy oddawaniu, auto jest "zdejmowane" z naszego konta. Wszystko jest w systemie. Mandaty też - automatycznie przypisywane są do naszego "konta", a ich spłacanie polega na wpisaniu odpowiedniego numeru po zalogowaniu się do konta bankowego.

Po kilku latach spędzonych tu (jako specjalista ds. bezpieczeństwa systemów IT), nachodzi mnie taka smutna refleksja, że systemy te operowane są przez ludzi, którzy ich konkretnie nie rozumieją, a wszystko opiera się na archaicznych zasadach zrozumienia i wzajemnego poszanowania, które nijak nie spełnia podstawowych wymogów bezpieczeństwa operacji w systemów informatycznych w XXI wieku! Gwarantem bezpieczeństwa wszystkich transakcji w "systemie" jest numer identyfikacyjny rezydenta, do którego przypisane jest wszystko… od numeru telefonu przez konto w banku aż po rejestracje samochodową. Znając czyjś numer, można narobić tutaj niezłego bałaganu. Niekoniecznie świadomie. Jeśli ktoś się pomyli wpisując gdzieś w rubrykę systemu wasz numer pod nazwiskiem kogoś innego - zaczyna się robić naprawdę nieciekawie. W ramach ciekawostki z cyklu "bezpieczny dział IT" - tutaj możecie sprawdzić ile mandatu dostałem bez konieczności podawania żadnych dodatkowych danych (musicie znać mój numer, albo losowy numer zaczynający się od cyfry 2, długi na 10 cyfr; captcha oczywiście nie działa, więc zostawiacie to pole puste). Tutaj natomiast sprawdzicie jaki jest status mojej wizy oraz czy aktualnie znajduję się w Arabii Saudyjskiej czy poza (ta strona już ciut lepsza używa https). Informacje potrzebne do identyfikacji mojej osoby znajdziecie w Internecie… groźne?

I tak w ramach dyskusji wypłynęła historia jednego z pracowników mojej firmy, który zmieniając pozycję opuścił właśnie Arabię Saudyjską. Do zapłacenia miał jeszcze około $5000 zaległych rachunków telefonicznych z numerów, których nigdy nie posiadał… (nie opuścisz kraju dopóki nie uregulujesz wszystkich debetów/kart kredytowych/pożyczek czy rachunków za Internet). Reklamację - owszem, można zgłosić, ale nikt z nami nie chce rozmawiać dopóki zaległości nie uregulujemy. A jak już uregulujemy, to też nie bardzo chcą rozmawiać, bo przecież się przyznałeś do winy, drogi kliencie…

I tak mam mandat za przejechanie na czerwonym świetle, od którego nie mogę się odwołać, bo przecież system się nie myli. Zgadza się data, miasto, tylko miejsce zupełnie nie... Odwołać się chciałbym, ale formularz reklamacyjny zgłasza błąd 404 (strona nie istnieje). Można iść do sądu, ale czy warto tracić nerwy i pieniądze dla tych $ 150? Trochę jeszcze czasu minie zanim jakaś ważna "tożsamość" zostanie skradziona i ktoś w końcu zrobi burzę i zmiecie te wszystkie prowizoryczne zabezpieczenia i obsługę klienta… Póki co, nikomu na tym nie zależy. I tak chyba dwa miesiące temu na cały dzień padł Internet w całej Arabii (tzn. cała sieć szkieletowa obsługiwana przez królewskiego providera "leżała"). Myślicie, że były jakieś odszkodowania za niedziałające bankomaty albo 8 godzin, które niektórzy musieli spędzić na granicy, bo "system is down" i nie można było odczytać numeru wizy w "systemie" ? Taka codzienność w Arabii Saudyjskiej…

Zauważyłem też, że conajmniej jeden z postów z 2012 roku zniknął bez śladu czy też mojej interwencji z tego bloga (!). Tak więc na tym chyba zakończymy... nie pisać gdzie mnie nie chcą...

środa, 9 lipca 2014

Rezydencja w Bahrajnie dla rezydenta Arabii Saudyjskiej

Od dłuższego czasu czaję się na stałą rezydencję w Bahrajnie. Wiele razy słyszałem, że się da, że można, ale nigdy nie znalazłem całościowego opisu jak to zrobić. Okazuje się, że wystarczy znaleźć odpowiednią „agencję”, żeby sobie taki dokument wyrobić. Jest kilka benefitów posiadania statusu rezydenta, jak np. możliwość zarejestrowania samochodu w Bahrajnie (stawki ubezpieczeń względem Arabii Saudyjskiej są dramatycznie niższe, ale przede wszystkim lokalne tablice rejestracyjne z definicji nie prowokują agresji kierowców tego niedużego kraju). Rezydent może sobie też kupić normalny telefon (nie pre-paid) i otworzyć konto w banku. Podlega też bezpłatnej opiece medycznej.

Co jest wymagane? Mnóstwo papierów, wiza wielokrotnego wjazdu do Arabii wystawiona przez pracodawcę (poradnik emigranta – umowa o pracę w Arabii Saudyjskiej – ważny punkt w negocjacjach kontraktu to możliwość swobodnego opuszczania kraju!), ważna Iqama (dokument potwierdzający rezydencję Arabii Saudyjskiej) i… masa pieczątek. No i umowa wynajmu mieszkania w Bahrajnie. Nie każdy dział HR saudyjskich firm jest na tyle cierpliwy, żeby wspomóc pracownika w uzyskiwaniu takiego statusu, ale poza stemplami na kopiach nie wymaga się niczego od saudyjskiego „sponsora” - żadnej dodatkowej aktywności, czy opłat, więc w zasadzie jest to jedynie uwarunkowane dobrą wolą pracodawcy. Więc jeśli pracujecie w Prowincji Wschodniej (Aramco? SABIC? któraś z wielu rezydujących tu firm geologicznych?), taki układ jest całkiem wdzięczny. Jakość życia po drugiej stronie mostu jest zdecydowanie lepsza niż to, co oferuje Dammam / Dhahran i AlKhobar razem wzięte. No i rodzina będzie się czuła o wiele swobodniej w otwartym Bahrajnie, niż w zamkniętych, otoczonych murami i drutem kolczastym „compoudach” Al-Khobar.

Krok pierwszy to wiza wielokrotnego wstępu do Bahrajnu. Wczoraj mi się udało (teraz przekraczam granicę nie jako turysta, a już rezydent). W przyszłym tygodniu – jak odbiorę plastikową kartę identyfikacyjną (CPR), opiszę dokładniej jak wygląda cały proces – może się komuś przyda i zaoszczędzi szukania.

wtorek, 8 lipca 2014

Do Bahrajnu bez wizy od Stycznia 2015!

W końcu, pomimo braku jakichkolwiek stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską a Bahrajnem (poprawcie mnie, jeśli się mylę), Polacy będą mogli podróżować w celach biznesowych i turystycznych do Bahrajnu bez konieczności ubiegania się o wizę. Dokładnie tak, jak większość państw Europy dziś. No dobrze, ale co to właściwie daje? Ano dużo – zwłaszcza dla podróżujących do Arabii Saudyjskiej. Zmiana ma wejść w życie w styczniu 2015.

Dziś posiadacze rezydencji Arabii Saudyjskiej (lub innej z kraju GCC) mogą bez problemu przekraczać granicę z Bahrajnem, a od przyszłego roku również i Polacy podróżujący w te strony. Ułatwia to wiele rzeczy:

- połączenia lotnicze z/do Bahrajnu są przeważnie tańsze i krótsze niż loty do Dammam z Polski (polecam WAW-DXB-BHR). Również na innych trasach lot z/do Bahrajnu jest 30-40% tańszy, niż np. z Rijadu.

- kontrola Paszportowa na lotnisku w Bahrajnie zajmie Wam może 10 minut jak będzie długa kolejka. Stamtąd można wynająć samochód z kierowcą do Dammam za równowartość niecałych 100$. Samej jazdy jest około 70km + przejście graniczne, które zwykle nie potrwa więcej, niż 30 minut (o ile nie jest to koniec weekendu). Długość „korka” można online weryfikować na stronie zahmaola.com.

- w Bahrajnie można na chwilę przystopować w celach turystycznych lub napisać do autora tego bloga, żeby was oprowadził!

UPDATE: 22/09/2014: https://www.evisa.gov.bh/VisaBhrnats.html -> już od października 2014 "visa on arrival" dla Polaków podróżujących do Bahrajnu!

wtorek, 3 czerwca 2014

Na trzeźwo... piechotą

MF ostatnio mi zwrócił uwagę na to, że rząd Bahrajnu (znów) próbuje wprowadzić prohibicję. I pewnie wiele bym się nie przejął, bo z każdej strony słychać, że alkohol to zło, że z alkoholem nieodzownie związany jest nierząd, prostytucja, handel dziećmi itd... aż tu nagle oczom mym ukazał się artykuł datowany na 2 czerwca b.r. o tym, że pojawiła się idea, żeby zabronić nie-Bahrajńczykom jazdy samochodem. I nie wiem co powiedzieć. Zatkało mnie na myśl, że takie pomysły komuś w tym kraju w ogóle do głowy przychodzą. I poważnie zastanawiam się, czy warto teraz wiązać z tą częścią świata jakąś przyszłość, skoro takie głosy pojawiają się w parlamencie...

sobota, 24 maja 2014

Samochodem do UAE

Zawsze chciałem spróbować, bo lubię długie trasy, a podróżowanie po Arabii Saudyjskiej nie wymaga jakiegoś specjalnego przygotowania czy ogromu środków finansowych. Drogi są często tak proste i puste, że można jechać godzinami bez dotykania hamulca - czasem tylko pojawia się delikatny zakręt czy wzniesienie. W Europie - ze względu na bezpieczeństwo, autostrady nigdy nie biegną na wprost jak przy linijce. Tutaj tylko niektóre drogi budowane były przy zachowaniu takich standardów. Trasa z Dammam do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którą zrobiłem w ubiegłym tygodniu taka nie jest.



Na niektórych odcinkach jest tam tak nudno, że chwilami myślałem o tym, żeby postawić na desce rozdzielczej tablet i zacząć oglądać zaległe odcinki mojego ulubionego serialu… Zaraz po wyjechaniu z Dammam krajobraz robi się dość interesujący, bo tu i tam na horyzoncie widać wielkie wzniesienia i ruiny jakichś starożytnych budowli, ale poza tym jest jedna wielka pustynia. Generalnie jedzie się przyjemnie, poza kilkoma odcinkami bliżej granicy z Katarem, które są jeszcze remontowane (lub nieodnowione). Tam jazda jest o tyle trudna, że po zmierzchu ciężko odróżnić pas od pobocza, bo szeroki na trzy auta asfalt nie ma kompletnie żadnych oznaczeń. W takich warunkach samochód jadący pod prąd może zaskoczyć. Ale jest szeroko i o tyle dobrze. W drodze powrotnej jest już doskonale. Tylko nudno. Od czasu do czasu pojawi się tylko jakiś samochód osobowy - przeważnie za szybko jadący i "na długich", bo Saudyjczycy mają jakiś problem ze wzrokiem i 90% kierowców w ogóle się nie przejmuje innymi uczestnikami ruchu. Na szczęście ruch jest na tyle nieduży, że raz na 10 minut takiego delikwenta można przecierpieć.

Na granicy pusto. Samo przejście graniczne wygląda jak miniaturowa wersja tego w Bahrajnie. Zadaszony terminal (w budowie), kilka nieczynnych stanowisk, z których tylko jedno oznaczone jest semaforem na którym widać zieleń, bo ruch praktycznie żaden. Podjeżdżam do pierwszego, pokazuję tutejszy dowód rejestracyjny (estimara), dostaję pierwszą karteczkę z wypisanymi danymi kierowcy i numerem rejestracyjnym, i jadę dalej. Na drugim stanowisku - równie pustym i równie "rozkopanym", pokazuję paszport i czekam… Pracownik straży granicznej próbuje znaleźć w systemie co to za dziwny kraj ten "Polska", aż zrezygnowany pyta o narodowość - odpowiadam, że BOLANDA. Po chwili coś tam znajduje i słyszę "AAAaaa, FUTBOL, PODOLSKI" - uśmiałem się, facet też, postawił pieczątkę i ruszyłem dalej. Kolejne stanowisko było oddalone o jakiś kilometr. Przeprawa przez otoczony drutem kolczastym plac celny, wypełniony rozrzuconymi, zanurzonymi w ciemności starymi ciężarówkami. Drogę wyznaczają betonowe zasieki, więc nie było problemu ze znalezieniem właściwego kierunku. Na tym odcinku dogoniłem jakiegoś wyklejonego złotą folią (!) Mercedesa SLS (!) na numerach z UAE, który nie mógł sobie poradzić z dziurami w asfalcie i wielkimi progami zwalniającymi…

Na kolejnym, ostatnim już w KSA stanowisku pokazuję paszport i facet zaczyna szukać pieczątki. Szuka… szuka… nie znalazł (mój paszport ma pieczątek tyle, że lada chwila będę potrzebował wyrobić sobie następny). Popatrzył na mnie, spytał gdzie pieczątka, odpowiedziałem, że jest - machnął ręką. Pojechałem. Kolejny kilometr jak nie więcej pustego już parkingu. Próg zwalniający i wielka tablica WITAMY W UAE. Kontrola paszportowa - powiedziano mi, że muszę się stawić do "Arrival Hall", bo tylko obywatele GCC mogą załatwić przeprawę bez wychodzenia z samochodu. Zaparkowałem więc obok niewielkiego budynku po drugiej stronie granicy i idę do środka się odprawić. Długi ciąg stanowisk i tylko jeden strażnik, zero interesantów. Popatrzył, postukał coś tam w komputerze (od marca do UAE nie musimy mieć już wizy, ale jako rezydent kraju GCC wiza taka mi przysługuje za opłatą 105 AED jeśli ląduję na lotniku w Abu Dhabi - tutaj nic nie zapłaciłem). Dostałem wizę dla rezydenta GCC na 30 dni. Od zaparkowania samochodu do pieczątki w paszporcie minęło może z 10 minut.

Kolejna kolejka to kontrola celna. Czekam na zielone światło i przejeżdżam przez wielki skaner (ciekaw jestem jakiej technologii używają i czy jest to jakaś forma prześwietlania z użyciem promieni rentgena czy jakiś skomplikowany aparat do USG, a może radar?). Turlając się przez to wielkie urządzenie obserwuję wielki wyświetlacz, na którym pokazana jest moja prędkość (i wielkie ostrzeżenie, że mogę się turlać max 5km/h). Po przejechaniu przez elektroniczną śluzę wjeżdżam do wielkiego namiotu, w którym wskazują mi miejsce do zaparkowania i inspekcji manualnej. Celnik zagląda do bagażnika, ogląda paszport i papier, który otrzymałem wcześniej przed wjazdem na inspekcję, stawia pieczątkę i z uśmiechem mówi "enjoy your stay in UEA". Ruszam dalej, na kolejnym stanowisku oddaję przypieczętowaną karteczkę inspekcji celnej i… jadę w kierunku ostatniego już punktu - tym razem ubezpieczenie. Koszt ubezpieczenia na 10 dni to 150 AED (dla porównania roczne ubezpieczenie mojego samochodu w Arabii to 450 SAR, a dodatkowe na Bahrajn to 600 SAR). Z banknotu 200 AED wydano mi resztę w Rijalach Saudyjskich - traktowanych na granicy zamiennie (przy transakcjach detalicznych w regionie nie ma znaczenia czy płacimy w AED czy SAR, bo ich wartość jest praktycznie ta sama).

I wjechałem do Emiratów od południowego zachodu. Od pierwszej chwili rzuca się w oczy porządek i czystość. Nie ma nieoznakowanych poboczy czy góry śmieci przy drodze. Jest sporo zieleni (czy też szarości - zrobiło się już ciemno, a dodatkowo przybyła mi godzina na zegarku, bo w Emiratach mamy zmianę czasu o jedną godzinę do przodu w stosunku do Arabii). Autostrada wybrzeża była w doskonałym stanie. Perfekcyjnie oznakowana, w większości oświetlona. Wszystkie ciężarówki posiadały dodatkowe lampy awaryjne (te żółte, obracające się sygnały świetlne, które z daleka wyglądają jakby drogą poruszał się konwój z szerokim ładunkiem). Pełen oczopląs. Ale jedzie się miło. Tylko daleko. I o ile w Arabii Saudyjskiej przez 500km nie spotkałem ani jednego fotoradaru, o tyle tutaj na każdym skrzyżowaniu stał radar stacjonarny.

Oznakowanie limitów prędkości jest ambiwalentne. Z jednej strony stoi znany wszystkim znak ograniczenia prędkości do 100km/h (lub 120km/h w miejscach, gdzie są trzy pasy), z drugiej jednak co rusz pojawia się dobrze oznakowana tablica w języku angielskim mówiąca o tym, że droga jest monitorowana przez radar i maksymalny limit prędkości wynosi 120km/h (lub odpowiednio 140 km/h dla trzech pasów). Więc jak widać jest limit prędkości i maksymalny limit prędkości wynoszący 20 km/h więcej, niż limit właściwy. Ale pędzący w stronę Abu Dhabi Saudyjczycy w ogóle się ograniczeniami nie przejmowali (jak zwykle), więc od strzałów fotoradarów robiło się cały czas jasno jak w czasie wiosennej burzy na Mazowszu. Nie wiem na czym to polega - może mają aż takie znajomości, a może po prostu współpraca pomiędzy policją saudyjską i emiracką (dobrze odmieniam?) nie funkcjonuje na tyle dobrze, żeby karać kierowców na obcych "blachach". Nie próbowałem sprawdzić. Jechałem tak, jak tubylcy, czyli +20 do limitu. Radary pozostawały na takie nadużycie mocno obojętne. Do Abu Dhabi dotarłem w niecałe 4 godziny od przekroczenia granicy, co dało mi średnią prędkość w okolicy 115km/h, co jak na środek nocy nie było jakoś nadzwyczaj wybitnym wynikiem. Ale na miejsce dotarłem zupełnie niezmęczony. Co najwyżej znudzony monotonią arabskich autostrad, ale bez większego znużenia.

Planując dalszą podróż do Dubaju musiałem kupić winietę, bo w Dubaju trzeba płacić za przejazd główną autostradą (zwie się to salik i kupuje się to na praktycznie każdej stacji benzynowej). Elektroniczne urządzenie w formie naklejki kosztuje 100 AED w cenie zawarte jest już 50 AED na przejazdy. Opłata pobierana jest automatycznie z konta przy przejechaniu przez bramki na autostradzie w Dubaju. Przez dwa dni i 3 przejazdy tam i spowrotem uszczuplono me konto o 20 AED, o czym poinformowano mnie SMSem po 2 dniach. Przyznaję bez bicia, że jest to fajnie zorganizowane.

I tyle. Trasa jak najbardziej wykonalna, bez żadnych przygód czy możliwości pomylenia drogi (nawet po stronie saudyjskiej). I pomimo tego, że jest prosta jak drut, to jednak następnym razem chyba bez namysłu wybrałbym samolot…



PS. Przy wyjeździe z Emiratów na granicy musiałem jeszcze dopłacić 35 AED i tu ciekawostka, bo płatność tylko kartą kredytową VISA i miałem szczęście, że wrzuciłem do portfela kartę, której nigdy zwykle ze sobą nie wożę, bo wszędzie płacę albo gotówką, albo kartami debetowymi.

środa, 19 lutego 2014

Kontakt - czyli o gniazdkach elektrycznych

Arabia Saudyjska jest tym miejscem, gdzie nie przywiązuje się jakiejś szczególnej uwagi do standardów czy norm - pisałem o tym wiele razy. W ten stan rzeczywistości idealnie wpasowuje się kompletny brak konsekwencji przy dobieraniu… gniazdek elektrycznych.

Mieszają się tutaj wpływy europejskie, amerykańskie i czysto brytyjskie - efekt jest taki, że co hotel, co mieszkanie, co biuro, to listwy zasilające wyglądają inaczej. Nie chodzi jedynie o woltaż, ale także kształt gniazdek w ścianach. Całe szczęście, że dzisiejsze urządzenia elektroniczne niewiele robią sobie z napięcia (większość zasilaczy zadowoli się każdym napięciem z zakresu od 100 do 250 V), jednak kształt gniazdka to już zupełnie inna bajka. Dlatego nie warto oszczędzać na uniwersalnych adapterach (można kupić dosłownie wszędzie) i warto mieć dwa różne, co by się nie okazało, że gdzieś wtyczka nie pasuje, bo jest za wąsko lub po wpięciu do kontaktu wypada…



W nowych hotelach panuje kontaktowy bałagan, w mieszkaniach bywa trochę lepiej. Nowoczesne hotele przeważnie mają w ścianach uniwersalne kontakty z napięciem około 200 V (elektrycy wiedzą dlaczego). W starych budynkach (hotele typowo amerykańskie z lat 80-tych w miastach industrialnych) to dominacja niskiego napięcia i wąskich wtyczek standardu (nie dziwne) amerykańskiego. U mnie w mieszkaniu wszystkie (!) gniazdka wyglądają tak:\



…czyli jeden do (prawie) wszystkiego. Szkoda tylko, że genialny konstruktor nie przewidział, że gniazdo powinno być trochę bardziej odsadzone na zewnątrz, bo każda płaska wtyczka standardu brytyjskiego opiera się o wystający przycisk i nie da się jej docisnąć do końca…

Tymczasem w Makdonaldzie...

Będąc niedawno na wakacjach słyszałem o polskim problemie pokolenia Y - ludziach, którzy zaraz po studiach nie mają pracy tylko dlatego, że ich wygórowane oczekiwania płacowe nie pozwalają im podjąć pracy której ścieżka kariery nie zaczynałaby się od kierownika czy menadżera… Ten problem nie jest typowo polski - w Arabii Saudyjskiej jest nie inaczej. Tylko te oczekiwania finansowe są już zupełnie inne. Jakby dojrzalsze.

W sektorze publicznym wolno pracować tylko Saudyjczykom. Efekt jest taki, jaki jest - poziom i jakość obsługi urzędów jest po prostu tragiczna. A z punktu widzenia postronnego obserwatora wydawać by się mogło, że jedyną kwalifikacją umożliwiającą pracę jako urzędnik państwowy jest posiadanie zielonego paszportu ze złotą palmą. Sektor prywatny natomiast jest głównie osadzony przez imigrantów, których udział w zatrudnieniu ogółu jest ciągle przycinany przez zmieniające się regulacje państwowe. Efekt jest komiczny - Saudyjczycy nie chcą iść do pracy i dyktują kosmiczne warunki (bo mogą). Zobaczcie ile oferuje Macdonald w Rijadzie:



5000 SAR ($1333) plus ubezpieczenie, telefon i transport. A i tak pracują tam sami Filipińczycy.

niedziela, 9 lutego 2014

Poradnik wesołego emigranta - konto bankowe

Jak już przewalczycie uzyskanie dokumentu potwierdzającego waszą rezydenturę w kraju niekończącej się pustyni, czas na zadanie numer dwa: otwarcie konta w banku. Zanim jednak dostąpicie przyjemności podróży do najbliższej placówki wybranej organizacji finansowej, najpierw zaopatrzcie się w telefon z normlanym (czytaj: nie pre-paid) planem. Mając Iqamę możecie już sobie taki luksus sprawić bez żadnych dodatkowych formalności. Warto o tym pomyśleć na początku, bo numer telefonu będzie za wami chodził do końca dni w tym kraju i jest go strasznie trudno zaktualizować po zmianie (tzn. wiąże się to z wycieczkami do urzędów, biur, placówek banków, bankomatów - wesoła biurokracja, na którą nie zawsze ma się czas). Oczywiście tu też nie obejdzie się bez atrakcji, ale nie o tym.

Od razu poproście pracodawcę o papier umożliwiający otwarcie konta w banku. Sama chęć bankowi nie wystarczy - trzeba mieć prawomocny świstek z pieczęcią. Tak uzbrojonym można się wybrać do banku. Nie za wcześnie rano (bo będzie tłum), nie za późno (bo zamkną), zwróćcie uwagę na czas modlitwy, bo pracownicy są niesamowicie sumienni w przestrzeganiu obowiązków wynikających z prawa koranicznego. Moja rada - pojawcie się tam w godzinie po otwarciu lub godzinę przed zamknięciem. Lub - jeśli macie wolny dzień, to z samego rana, koniecznie z książką czy innym ipadem, który umili stracony czas.

Banki są czynne w ciągu dnia - 9.30 do 16, czasem 17. Ma to związek z jakimiś wytycznymi bezpieczeństwa organu regulującego pracę banków w Arabii Saudyjskiej (SAMA). Bank trzeba wybrać z głową, żeby nie spędzić tam zbyt wiele czasu no i żeby nie trzeba było tracić dnia na odnowienie statusu konta za rok - czynność wymagana.

Jaki bank wybrać? W Arabii jest 15 banków do wyboru (za Wikipedią).

Mam doświadczenia z trzema. Numer jeden na liście "omijać szerokim łukiem" to największy bank w kraju: AlRajhi. Do prawdy nie da się niczego tu załatwić przez Internet, a jakakolwiek operacja zmiany, wypłaty, wyrobienia nowej karty - słowem: czegokolwiek - wymaga od petenta wizyty w banku. A jak wygląda taka wizyta w placówce AlRajhi? Wyobraźcie sobie jarmark na którym handluje się owcami, czterdzieści osób próbujących uzyskać informacje od siedzącego w drzwiach operatora, zero kolejek, reguł, zwykła obora. Dosłownie – poziom obsługi jak i samych obsługiwanych jest… delikatnie mówiąc - niski. Jak już się uda pokonać pierwszą przeszkodę, być może dostaniemy numerek albo powiedzą nam, żeby stanąć w kolejce do konkretnego już okienka / stanowiska. I ten proces może trwać od kilkudziesięciu minut do nieskończoności. Petent w tym banku traktowany jest jak jakieś zło konieczne. Obsługa klienta po prostu nie istnieje. Czy wspominałem już, że ciężko się porozumieć w języku angielskim? Ich prawo - w końcu to my jesteśmy gośćmi. Nie da się zmieniać limitów wypłat czy przelewów. Infolinia jest skonstruowana w taki sposób, żeby maksymalnie zniechęcić klienta - np. wybór opcji rozmowy z "żywym" konsultantem to droga przez wymawiany przez automat stan środków na koncie i detale ostatnich 5 transakcji… Warto więc poszukać innego banku, który standardy obsługi odziedziczył po jakimś oddziale światowym, niekoniecznie z tradycjami wyłącznie bankowości arabskiej. Przelew międzynarodowy robi się tu w obskurnych (czytaj: brudnych i śmierdzących) lokalach spółki córki, z której korzystają głównie obywatele trzeciego świata… Nie da się zdefiniować odbiorcy zagranicznego przez Internet, można za to robić przelewy po uprzedniej autoryzacji w banku. Placówka zwykle nie funkcjonuje po godzinie 14, a hasło-klucz, które znają na pamięć wszyscy pracownicy banku to "sorry sir, system is down" .

Samba (czyli znacjonalizowany w początku lat 80. Citi), to standard wśród większości expatów, których znam - bezproblemowa obsługa, mniejsze kolejki, z jakiegoś powodu nie jest najpopularniejszym bankiem w Rijadzie (patrząc po obłożeniu lokali usługowych). Posiadaczem karty płatniczej staniemy się w ciągu 10 minut po wypełnieniu wszystkich niezbędnych formularzy w języku angielskim. Przedłużenie konta po pierwszym roku to operacja wymagająca 30 sekund - załatwiana bez czekania. Odbiorcę zagranicznego jak i lokalnego zdefiniujemy przez Internet (weryfikacja SMS).

SABB (czyli HSBC) - tutaj panują już zupełnie europejskie standardy obsługi i (chyba) każdy z pracowników będzie w stanie obsłużyć nas poprawną angielszczyzną. Bank oferuje szereg produktów finansowych, o których można poczytać w anglojęzycznych ulotkach i na stronie www, no i ma w miarę cywilizowaną obsługę telefoniczną. Odbiorcę przelewu zagranicznego definiuje się przez Internet, a weryfikuje dzwoniąc na infolinię.

Najważniejsze jest to, że jako rezydent nie macie limitu kont, które możecie sobie tu otworzyć. Jak coś nie pasuje, to otwierajcie drugie i nie czekajcie na rozwiązanie problemu. Dlatego od razu na początku upatrzcie sobie nie jeden, a dwa banki, z którymi chcecie nawiązać współpracę (potrzebne są dwa listy od pracodawcy - dla szefa to zwykły świstek papieru, bo pismo nie wymaga żadnej rejestracji czy wizyty w urzędzie - po prostu wydruk i pieczątka!). Warto. Z kilku powodów - po pierwsze: jeśli padnie system płatności banku numer 1 (a to się zdarza - wszystkie transakcje w Arabii wykonywane są online), to zawsze możecie wyciągnąć drugą kartę; drugi powód to śmiesznie niski limit wypłat z bankomatów, który po prostu przemilczę... Często zdarza się też, że musicie skorzystać z konta, a bank przewidział akurat, że internetowe placówki będą cały weekend nieczynne z powodów technicznych – np. za bilet lotniczy można bardzo szybko zapłacić przez Internet korzystając z systemu płatności SADAD. Mając dwa konta, ten limit jest 2x większy. Wada jest taka, że po odnowieniu rezydentury mamy nie jeden, a dwa banki do "obskoczenia" w celu przedłużenia ważności kont.

Jedna rzecz, o której już pisałem kiedyś - nie ma tutaj czegoś takiego jak prowizje czy opłaty za standardowe usługi bankowe, jak wypłaty z bankomatów czy prowadzenie konta. Przelew krajowy kosztuje w Rajhi i Sambie 20 SAR. Międzynarodowy - 90. Nie ma też kont oszczędnościowych w naszym rozumieniu - islamskie konta oszczędnościowe nie mają czegoś takiego jak "oprocentowanie" - oszczędzanie polega na trzymaniu salda na koncie i możliwość dowolnego dysponowania środkami na nim zgromadzonymi - czyli zwykły ROR tylko ma lepszą nazwę. Będą zagranicą obowiązują nas mało atrakcyjne kursy wymiany operatora karty (visa / mastercard), więc przed podróżami warto sobie założyć konto walutowe (USD, GPB, EURO) i przelać na nie odpowiednią ilość środków. Kurs wymiany będzie wtedy albo stały (1 USD to 3.75 SAR w Rajhi, 3.7579 w Sambie) albo bliski średniemu (np. przelicznik na Euro jest praktycznie taki, jak pokazuje w danym dniu Google) - i dopiero tak uzbrojonym w plastiki podróżować po świecie.

Na uwagę też wspomniany już system płatności SADAD, który do maksimum upraszcza płatności za różnego rodzaju usługi - od rachunków za telefon po bilety lotnicze (i mandaty). System jest tak wydajny, że do załatwienia czegokolwiek wystarczy znać numer referencyjny transakcji – otrzymujemy ją zwykle realizując zamówienie przez Internet. W następnym kroku otwieramy stronę Internetową banku i podajemy ów numer referencyjny w odpowiednim formularzu – po przeładowaniu strony pojawia się kwota i komentarz – jedyne co zostaje to kliknąć „zapłać” i za kilka sekund na ekranie telefonu pojawi się wiadomość SMS świadcząca o zrealizowaniu transakcji. Bardzo wygodne i do bólu proste w obsłudze. A do tego za darmo.


(bankomat HSBC dla odmiany w Bahrajnie)

Piszcie w komentarzach jakie są wasze opinie i wrażenia z bankowości saudyjskiej!

wtorek, 10 grudnia 2013

Autostrada donikąd

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wjeżdżacie… taka myśl mi chodzi po głowie od kilku tygodni w kontekście codziennego pokonywania kilkuset kilometrów po saudyjskich autobahnach. Praca zmusiła mnie do dziennego pokonywania trasy z Bahrajnu do oddalonego o prawie 200 km na północ w Arabii Saudyjskiej miasta przemysłowego Jubail. Pamiętam jak przez mgłę moje pierwsze doświadczenia sprzed kilku lat, kiedy pokonywałem tę trasę z sercem na ramieniu przez kilka dni… Teraz jeżdżąc tamtędy codziennie, nabrałem już takiej znieczulicy, że po przyjeździe na miejsce potrzebuję wypić kawę - wcześniej nie potrzebowałem.


...fota z rejestratora przyklejonego do szyby... i tak cała drogę - pobocze szerokości Daewoo Tico, na którym trwa niekończący się wyścig... Za szerokie te pobocza porobili i tyle ;)

Dlaczego?

Wyobraźcie sobie krainę, w której są szerokie na trzy do pięciu pasów autostrady, gdzie paliwo nie kosztuje prawie nic, każdy ma samochód (przeważnie z automatyczną skrzynią biegów), społeczeństwo generalnie cierpi na niedobór wrażeń, gdzie cierpliwość nie występuje jako cecha charakteru… a do tego wszystkiego policja nie ma żadnego autorytetu… i nic nie robi, żeby ten autorytet wymusić poza ustawianiem w przewidywalnych miejscach radarów, widocznych z kilometra.

To właśnie tu. Wszyscy pędzą przed siebie bez zwalniania na jakichkolwiek zwężkach czy podczas dojeżdżania do jadących przed nimi aut. Większość mistrzów prostej wyprzedza poboczem, które nie jest na tyle szerokie, żeby pomieścić cały samochód (często się też urywa lub zawiera inne ciekawostki). Na tych drogach nie ma czegoś takiego jak bezpieczny odstęp… dziś wyprzedzająca mnie ciężarówka z cyklu Ford F150 V8 przywaliła mi w lewe lusterko… Często pędzący grubo ponad 150km/h twardziele siedzą sobie na przysłowiowej "dupie" w odległości kilku zaledwie centymetrów. I długie… światła te służą do "poganiania" albo desperackiego okrzyku: "z ddrrooogggii". Twardziele w rozpędzonych Yarisach na mnie wrażenia już nie robią (ci, którzy siedzą pół metra od zderzaka nawet pewnie nie zdają sobie sprawy, że tych ich "długich" nawet nie widać). Ale jak pacjent tnie 50km/h więcej niż nakazuje rozsądek autem, które waży dwie i pół tony, to takiemu trzeba zjechać, bo nie wiadomo czy wystarczy mu refleksu na wyhamowanie jeśli trafi na upartego, co w porę nie zjedzie.

W ramach dygresji - w drodze mam dużo czasu na analizowanie zachowań różnych kierowców i chcąc nie chcąc zmusza mnie to do rozmyślań o ludzkich słabościach… te wymiany groźnych spojrzeń, te bandyckie zachowania w stylu - wyprzedzę i wyhamuję, martw się - to daje do myślenia i sprawia, że człowiek się zastanawia czy w ogóle warto się tym wszystkim przejmować… Bo co by się stało, gdyby ktoś przytarł albo przywalił - pewnie to samo, co już mi się raz przydarzyło - facet po prostu pojechałby dalej. Mnie ta przygoda nauczyła już tyle, że na Policję nie ma co liczyć, a niezgłoszony wypadek to problem. Duży problem… Nie tylko czasowy (bo na przyjazd policji czeka się całymi godzinami, jeśli w ogóle przyjadą), ale i organizacyjny - cholera wie czyim wujkiem/synem/bratem albo przyjacielem był ten, który spowodował wypadek. I czy przypadkiem nie okaże się, że to twoja wina. Miałem taki śmieszny incydent w Jeddzie, po którym nauczyłem się, że jak przywalą, to trzeba gonić i zrobić zdjęcie, bo inaczej nie ma jak dochodzić swego. A zderzak tylny do Toyoty Corolli to koszt 350SAR.


...większość nawet nie zwalnia - bo co możesz zrobić - musisz ustąpić - tego za tobą nie obchodzi czy masz gdzie czy nie...

Styl jazdy uprawiany tutaj wynikiem skrzyżowaniem jakiegoś niedoboru adrenaliny z brakiem jakiejkolwiek wyobraźni przestrzennej. W ciągu ostatnich 8 dni na tym samym odcinku drogi, w różnych miejscach naliczyłem 11 wypadków… dziś też były dwa - po jednym w każdą stronę. Za każdym razem przejeżdża się przez świeże "szczątki", omijając elementy karoserii, zderzaki i tłuczone szkło. Dziś po dzwonie w stronę Jubail samochód stał pionowo na latarni - jeszcze takiego czegoś nie widziałem… Ale to wszystko powszednieje niestety i - o dziwo - instynkt samozachowawczy powoduje dziczenie odruchów wyuczonych latami na drogach w Europie. Kilka dni temu pewien obywatel UK (wiem, bo wdałem się w rozmowę), przytarł mi na granicy zderzak - powiedział mi, że to moja wina i żebym już dorósł, i przestał za nim jechać (pojechałem za nim aż pod dom, bo skurczybyk po prostu odjechał). Po dłuższym zastanowieniu się wydaje mi się, że facet miał trochę racji, chociaż ja tak naprawdę oczekiwałem od niego ludzkiego "przepraszam".

Zastanawia mnie tylko kto zyskuje na takim stanie rzeczy - selekcja naturalna na ulicy nie obowiązuje, bo tu wygrywa ten, kto ma większy samochód i więcej szczęścia, a przecież te wszystkie wypadki, koszty napraw samochodów, pogrzeby czy opieka medyczna - to wszystko kosztuje gigantyczne pieniądze...

sobota, 23 listopada 2013

Poradnik emigranta - umowa o pracę w Arabii Saudyjskiej

Zaczynając pisać bloga nie spodziewałem się, że będę dostawał tak wiele maili od osób, które zamierzają podjąć pracę w Arabii Saudyjskiej. Zapomniałem też po prostu ile czasu zajęło mi zdobycie doświadczeń, które dziś mam. Od kilku dni chodzi mi po głowie taka myśl, żeby spisać gdzieś te wszystkie porady, których udzielam Wam w komentarzach i na maile i opublikować to w czymś na kształt poradnika. Zacznę więc od tematu, o który pytacie najwięcej, czyli: Umowa o pracę.

Warunki samego zatrudnienia w Arabii Saudyjskiej różnią się dramatycznie od Polskich. Moja polska umowa o pracę to była kilkudziesięciostronicowa książka, której przestudiowanie wymagało nie lada wysiłku. Kontrakt, który podpisujecie w Arabii będzie w porównaniu z polskim wyglądał jak streszczenie warunków gwarancyjnych lodówki... Dwie - może trzy strony, zwykle w dwóch kolumnach - w języku arabskim i angielskim. Koniecznie przed przyjazdem polecam zapoznać się z lekturą warunków podjęcia pracy - co najważniejsze - zwolnienia. Warto wiedzieć jakie macie szanse "na rozwód", w przypadku gdy zechcecie pożegnać się z pustynią i przenieść do innego kraju. Warunki zwolnienia mogą bowiem zawierać kary finansowe lub zobowiązanie pokrycia wstępnych kosztów. W trakcie rozmowy o pracę naciskajcie o to, żeby przesłali Wam kontrakt zanim jeszcze tam pojedziecie. Jeśli firma nie zechce pokazać umowy (a wiem, że tak też bywa), to trzeba się zastanowić co jest grane. Paweł poruszył kilka kwestii zatrudnieniowych w wywiadzie udzielonym dla portalu bankier.pl.

Przyjeżdżając tutaj nie miałem pojęcia o benefitach, których należy się spodziewać, a więc przyjąłem na wiarę wszystko to, co firma miała do zaoferowania i wyszedłem na tym całkiem nieźle. Ale porównując "pakiet" z tym, o czym piszą czasami czytelnicy to mogę z całą pewnością powiedzieć, że "głupi to ma zawsze szczęście". Znajomość opcji zwiększa znacznie wasze szanse negocjacyjne, bo nie wszystkie firmy grają fair i dla różnych pracowników stosują różne standardy umów o pracę. Odstępstwa mogą dotyczyć tak błahych z pozoru rzeczy jak bonus na bilet lotniczy (dla Ciebie czy dla całej rodziny; raz na rok lub raz na dwa lata; w "biznesie" czy klasie econo) lub zakwaterowanie - o miejsce w niektórych compoundach (np. w Dżuddzie) trzeba się dosłownie bić! Warto więc mieć w tym temacie deklarację na piśmie. W kwestii mieszkania nie ma zwykle miejsca na zmianę zdania, bo zwykle płaci się za cały rok z góry bez możliwości wycofania się. Warto przed znalezieniem czterech ścian pomieszkać trochę w hotelu (nawet najgorszej klasy) albo umeblowanym mieszkaniu, które opłacane jest miesięcznie, co by nie wpaść jak przysłowiowa śliwka w kompot…

Warto też dowiedzieć się zawczasu ile dni wolnych oferuje firma i jak elastyczna jest w kwestii ich wydawania. W Arabii Saudyjskiej jest 11 dni świąt w roku (2x 5 dni święto EID plus święto niepodległości). Moja firma oferuje dodatkowo 20 dni wolnych. I do tej pory nie udało mi się spotkać firmy, która oferowała by mniej, natomiast widziałem przypadki, że pracodawca proponuje dni wolnych w roku aż… 38 - zgadniecie który?

Doprecyzujcie zawczasu kwestię weekendów: tydzień pracy ewoluuje i przepisy z nim związane są bardzo elastyczne w zależności od pracodawcy, nie mniej w sektorze prywatnym obowiązuje 48. godzinny tydzień pracy, który często dystrybuowany jest jako 5 dni pracy od 8 do 18 z obowiązkowymi przerwami na modlitwę i lunch. Czasem jest to 9 godzin + pół dnia w sobotę lub co drugi weekend. Warto o tym wiedzieć przed podjęciem decyzji, bo wbrew pozorom jest tu co robić i często jeden dzień weekendu to za krótko, żeby gdzieś pojechać, coś zwiedzić, etc.

Piszcie w komentarzach o czym chcielibyście poczytać. Pomysły, które mi na szybko do głowy przychodzą obejmują kwestię wyrobienia prawa jazdy, ubezpieczenia zdrowotnego, wyboru konta bankowego (o tu to mogę pisać długo i szczegółowo) czy chociażby gdzie się udać na weekend.

PS. W Arabii Saudyjskiej, pomimo sporej biurokratyzacji sporo rzeczy się upraszcza - umowa kredytowa na samochód, którą podpisywałem dwa lata temu zawierała sześć (serio!) punktów i mieściła się na połowie kartki formatu A4!

Dodano: 24/11/2013 - koniecznie też doprecyzujcie temat paszportu: niektórzy pracodawcy zarządają Waszego paszportu w zamian za rezydencję. Wtedy o każdy wyjazd musicie się "prosić". I szczerze nie wiem, czy jest to wymóg prawny czy zwyczaj - nie widziałem natomiast Amerykanina, który oddałby swój paszport, więc nie dajcie sobie wmawiać, że wszyscy oddają. Warto też wynegocjować, żeby paszport nie tylko był zawsze z Wami, ale jeszcze żeby firma nie robiła problemu z wyrabianiem wizy wielokrotnego wjazdu (potrzebnej do opuszczenia kraju). Wiza to przydatna rzecz jeśli lubicie się szwędać (lot do Dubaju, Ammanu czy Muskatu to godzina z groszami, a bilety są tu naprawdę niedrogie... ) albo mieszkacie w Khobar, skąd do Bahrajnu jest pół godziny samochodem...

Tam mieszkam: Arabia Saudyjska

- Trochę mniej zwyczajne wydaje się życie w kraju, który jest monarchią absolutną; to każe mieć oczy szeroko otwarte. Jak państwo w tym kształcie funkcjonuje na co dzień?

- Nadzwyczaj dobrze, przynajmniej w mojej ocenie. Tutaj myśli się w perspektywie dynastii, a nie kolejnych wyborów. Podam dwa fakty - od czasu ustabilizowania granic Arabia Saudyjska nie brała udziału w żadnej wojnie, mając takie a nie inne położenie geograficzne. Fakt drugi – obecnie decyzją Jego Wysokości rozbudowywanych lub budowanych od podstaw jest około 60 uniwersytetów.

To fragment wywiadu, jakiego udzielił dla portalu bankier.pl Paweł - autor sąsiedniego bloga arabiasaudyjska-ksa.blogspot.com. Polecam lekturę, bo prezentuje bardzo zdrowy punkt widzenia o tym kraju!

niedziela, 17 listopada 2013

W Rijadzie też padało...

W drodze na lotnisko kląłem jak szewc, że tyle wody na ulicy - i chociaż o 4 nad ranem na ulicy nie było nikogo, dojazd do Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Króla Fahada w Dammam zajął mi prawie 20 minut więcej, niż zwykle. Miałem się tu spotkać z resztą ludzi z mojego działu i razem wyruszyć do Rijadu… (wycieczka 3.5h samochodem – często szybciej, niż samolotem jeśli wziąć pod uwagę czas oczekiwania na boarding, odbiór bagaży itd.). Okazuje się jednak, że za wcześnie wczoraj poszedłem spać i przespałem njusy - w Rijadzie też pada. I to zdrowo. Jeszcze nie ma informacji o ofiarach, ale w położonej na środku pustyni stolicy padało równo przez dwie godziny i…


Źródło

Z resztą zobaczcie sami co się dzieje. Wczoraj w nocy ogłoszono coś w rodzaju stanu klęski żywiołowej - mieszkańcom nakazano pozostać w domach, wszystkie szkoły mają być dziś nieczynne. Miasto (podobnie jak z resztą Dżudda), nie przesadzało z inwestycjami przeciwburzowymi - bo niby po co? Zmieniający się klimat sprawił jednak, że na twitterze już pojawiły się złośliwe komentarze: Rijad - stolicą sportów wodnych w Arabii Saudyjskiej…

niedziela, 10 listopada 2013

Deszcze niespokojne...

Od razu na wstępie przepraszam za sporą przerwę w pisaniu. Otrzymałem bardzo dużo krytycznych komentarzy związanych z tym, że tak bardzo narzekam na kulturę kraju, w którym przebywam. Prawda jest taka, że narzeka się o wiele łatwiej, niż chwali i do narzekań każdy Polak jest przecież pierwszy. Tak na dobrą sprawę wszystko zależy od nastawienia - a moje powoli się już zmienia na ten przysłowiowy "plus".

Przyleciałem wczoraj do Dżuddy. Samolot był na czas, a po wyrobieniu sobie statutu milowego Saudi Airlines coraz częściej udaje mi się nawet załapać na miejsce w tzw. "exit row", więc latanie samolotami nie jest już tak męczące – w trakcie dwugodzinnego lotu można chociaż rozprostować nogi. Hotel nie przysłał taksówki - nie ma problemu - nauczyłem się już negocjować z lotniskowymi taksówkarzami, więc nie płacę fortuny za transport (Europejczyk na lotnisku traktowany jest przez taksówkarską mafię lotniskową tak samo, jak każdy przyjezdny w Polsce - należy go hojnie wycisnąć). W hotelu dostałem "upgrade", bo nie dość, że zawalili temat podwózki z lotniska, to jeszcze dali mi pokój dla palących. Tu mała dygresja: hotele w Arabii Saudyjskiej przeważnie posiadają jedno lub dwa piętra dla niepalących (tylko), więc pamiętajcie o tym robiąc rezerwację. Jeśli palicie - to polubicie to miejsce - bo palić można praktycznie wszędzie. Choć ostatnio przybywa miejsc, w których pojawiają się znienawidzone znaki "zakazu" spożywania papierosów (lotnisko, supermarkety, z rzadka restauracje).

A wracając do tematu - w Dżuddzie padał dziś deszcz. 


Tak wygląda świat obserwowany z samochodu w kilka minut po tym jak zacznie padać...

Niby nic szczególnego, ale ludzie cały czas pamiętają wydarzenia sprzed kilku lat, kiedy 3 godzinne opady spowodowały śmierć ponad stu osób i gigantyczne straty materialne. Dżudda po dziś dzień nie ma systemu kanalizacji burzowej, więc woda lejąca się z nieba stoi na ulicach i wszelkiego rodzaju zagłębieniach aż nie wyparuje. W grunt nie wsiąknie, bo to skała. Biuro, w którym dziś rano przebywałem opustoszało jeszcze przed godziną 11 rano... Ludzie w pośpiechu ruszyli odbierać dzieci ze szkół (jeden po drugim osoby, z którymi pracowałem dostawali smsy ze szkoły z informacją, że o 12.30 szkoła zostanie zamknięta i należy zabrać dzieciaki do domów). Nie wyobrażałem sobie, że można tak poważnie traktować zwykły deszcz! W godzinach popołudniowych na ulicach było dziś... gęsto. Błoto lało się z nieba przez około 3 godziny. Strat w ludziach chyba nie było, bo do tej pory ruch zelżał - wyglądając przez okno widzę nawet, że świeci już słońce a na termometrze zamontowanym na bloku reklamowym pobliskiego banku widać liczbę 31 (stopni Celsjusza). Zima się zbliża wielkimi krokami!

poniedziałek, 15 lipca 2013

Ramadan Mubarak

Rijad nie jest jakoś szczególnie ciekawym miejscem na spędzanie Ramadanu – wszędzie pustki, witryny sklepów zabite przysłowiowymi "dechami", restauracje wyglądają jak wymarłe – krajobraz niczym z filmu o zombie. Gdyby nie umiarkowany tłok na ulicach, to można by pomyśleć, że to wymarłe miasto. Harmonogram korków na głównych arteriach dopasowuje się do godzin pracy sektora publicznego – poranny szczyt przypada na 10 rano, wieczorny – na 2-3 po południu.

W hotelach, w których do tej pory miałem przyjemność spędzać czas, kwestie żywieniowe rozwiązywane są w różny sposób - "room service" działa w czasie Ramadanu zupełnie normalnie. Śniadania za to albo serwowane są do pokoi bez dodatkowej opłaty lub zapraszani jesteśmy do zaimprowizowanej restauracji gdzieś w piwnicy czy na wyższym piętrze. O sposobie rozwiązania tego "problemu" jesteśmy informowani w bardzo dyskretny sposób przez obsługę hotelu - tu, aktualnie przebywam szeptem oznajmiono mi, że śniadanie serwowane będzie za tymi zamkniętymi drzwiami bez napisu, na prawo od windy... Konspiracja związana jest z tym, że w Arabii Saudyjskiej przestrzegane są ścisłe regulacje dotyczące spożywania czegokolwiek w miejscach publicznych w trakcie świętego miesiąca. Za niedostosowanie się można dostać pieczątkę „final exit” i bilet do domu.

Przydaje się umiejętność planowania – zakupy żywieniowe należy zrobić trochę wcześniej, bo zaopatrzenie sklepów w czasie Ramadanu będzie takie samo jak wszystko inne – słabe, ospałe, niekompletne. Nie bez przyczyny gazety informowały o wzroście sprzedaży wszystkiego co jadalne o ponad 50%. Co ciekawe ostatni "przedramadanowy" weekend również w Bahrajnie przebiegał pod znakiem zbliżającego się postu – miasto tonęło w korku, w którym ponad połowa samochodów to przyjezdni (KSA, Kuwejt, Qatar), kolejki do kas kinowych długie na kilkaset (!) metrów, kompletny brak miejsc w restauracjach serwujących dobre wina...

Po zachodzie słońca miasto wraca do życia - ludzie dosłownie wylewają się z restauracji i centrów handlowych przez całą noc - do około piątej nad ranem, kiedy poranny Adhan sygnalizuje wschód słońca - aktualnie post trwa ponad 13 godzin dziennie (porównajcie to z długością dnia w Polsce o tej porze roku). Za rok będzie jeszcze trochę dłuższy, bo zacznie się w ostatnich dniach czerwca.

niedziela, 23 czerwca 2013

Samolot z Dammam do…

Kiedyś przeczytałem taką mądrą książkę autorstwa Pana Covey'a bodajże, w której autor tłumaczył jak budować zaufanie rozmówcy przedstawiając mu zalety swojej tezy (tudzież produktu). I nie chodzi mi tutaj omawiany wielokrotnie ton wypowiedzi i prezencję osobistą, a zwykły dobór słów. Jako przykład przedstawiono następujący schemat - jak czulibyście się, gdyby pilot samolotu, którym lecicie przedstawił się wam, powiedział jaka jest pogoda na docelowym lotnisku, a następnie zakomunikował spokojnym głosem, że za 30 minut spróbujemy wylądować... I ten przykład brzmi mi w uszach zawsze, kiedy na pokładzie Saudi Airlines słyszę radosny komunikat pierwszego oficera witający nas na pokładzie Airbusa A320 z Dammam do Dżudy Inshalla. Ta "insialla" właśnie pada bez żadnego przecinka, bez pauzy, jako dodatek - dla każdego, kto posiedzi tu dłużej będzie to znak, że pilot nie bardzo wie, czy dotrzemy. Mało to budujące, zwłaszcza jak się dużo lata. Mnie ciarki przechodzą zawsze jak to słyszę... Dobrze, że na pokładzie można używać słuchawek i zażywać głośnej muzyki bez względu na fazę lotu (co w innych liniach jest niedopuszczalne).
PS. Jeśli nie czujecie, to musicie przyjechać i sami spróbować czym jest insialla :).

Inside the Saudi Kingdom

Przywódca prowincji Hail, Książe Saud bin Abdul Mohsen, siostrzeniec obecnego Króla, jest bohaterem dokumentu BBC o życiu Arabii Saudyjskiej opublikowanego niedawno na Youtube. Książe opowiada też o przemianach, jakie wystąpiły w Arabii Saudyjskiej na przestrzeni ostatnich kilku lat, o transformacji roli kobiety w społeczeństwie, a także o przewadze monarchii nad demokracją. Ciekawy dokument o świecie, w którym żyję, a o którym tak naprawdę wiem niewiele - bo saudyjską kulturą jestem zniesmaczony jak chyba większość żyjących tu "ekspatów" (co nie raz zarzucaliście mi w komentarzach). Jest też kilka słów prawie w Arabii Saudyjskiej, o słynnym zwyczaju obcinania rąk za kradzież (nie jest to tak na porządku dziennym jak nam się wydaje czytając blogi), o karze śmierci, jest też dyskusja kwestii prowadzenia samochodu przez kobiety widziana oczami Księcia (okolice 43. minuty), a na wet o tym, że w Saudi tylko nieliczni odnajdują frajdę w czytaniu książek (innych niż Ta jedyna). Poruszono też kwestię policji obyczajowej w Arabii Saudyjskiej, która spotyka się w kraju z coraz większą krytyką - zarzuca się jej, że pracowników rekrutuje z byłych skazańców, którzy uczą się Koranu na pamięć i w zamian za to otrzymują skrócenie wyroku i... pracę (tej plotki uczestnicy reportażu nie chcą jednak potwierdzić). Pod koniec jest też sporo o finansowym aspekcie małżeństwa i o tym, jak duży wpływ ma ono na życie młodych Saudyjczyków, którzy płacą sporo za rękę osoby, którą widzą po raz pierwszy w dniu ślubu (jakby to po naszemu - kupują przysłowiowego kota w worku, a po czym spłacają go przez kolejnych 10 lat). Warto, polecam, ot - celem poszerzenia horyzontu.

Jest Weekend!

Kilka godzin temu (dosłownie) ustanowiono, że weekend w Arabii Saudyjskiej będzie rządził się takimi samymi prawami, jak w pozostałych krajach GCC. Tutaj nikt się nie rozdrabnia na jakieś czteroletnie etapy przejściowe albo dyskusję publiczną - dziś ustalone prawo wchodzi w życie w najbliższą sobotę. Tzn. w niedzielę... tzn. najbliższy czwartek będzie początkiem trzydniowego weekendu, po którym już kolejne zaczniemy świętować jak wszystkie kraje w regionie, czyli w piątek i sobotę.

Decyzję podjęła ta sama Shura Council (przepraszam, ale nie wiem jak nazywa się polski odpowiednik tego ciała ustawodawczego), która od dłuższego czasu opierała się zmianom stawiając religię jako podstawę tego stanu rzeczy - nie można przecież "tak samo jak u Żydów i Chrześcijan".

Arabia Saudyjska była ostatnim krajem, w którym weekend przypadał na czwartek i piątek. Oman, w którym cykl weekendowy był do niedawna taki sam, wprowadził zmiany na początku maja bieżącego roku. Ciekaw jestem jakie implikacje przyniesie ta zmiana dla szarego człowieka. Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy to w jaki sposób rozegrać zaklepany już urlop, którego dat zmienić nie mogę, bo straciłbym bilety (wylot w czwartek), a dni urlopu wolnych już nie mam. Ciekaw też jestem w jaki sposób odbije się to na czasie oczekiwania na przejazd przez granicę w Bahrajnie - do tej pory weekend rozłożony był na dwie fazy - Saudyjczyków przyjeżdżających w nocy ze środy na czwartek i obywateli Qataru / Kuwejtu, które swoje weekendowe podróże zaczynali w czwartkowe popołudnia... Teraz bahrański weekend będzie się pokrywał z Saudyjskim - szykują się nie lada korki.

BTW. artykuł z wczorajszego wydania rp.pl okazał się jednak prawdą.

sobota, 1 czerwca 2013

Kobieta za kółkiem

Wczoraj doznałem szoku - na światłach obok zatrzymała się taksówka. Typowy London Cab, logo firmy wożącej ludzi z lotniska do centrum. A za kierownicą kobieta w typowym stroju - abaja, półotwarty niqab (tzn. usta i oczy odsłonięte, ale cała twarz szczelnie otoczona czarną szmatą). Kobieta pracująca! Takie sceny tylko w Bahrajnie. Bo profesja "kierowniczki" nie znajduje się na liście zawodów dozwolonych dla kobiet (więcej tutaj).

A jak to naprawdę jest z kobietami jeżdżącymi w Arabii Saudyjskiej? Tak naprawdę to nie ma tam prawa zabraniającego kobietom prowadzić. Kiedyś w rozmowie z Saudyjczykiem dowiedziałem się nawet, że król nie broni - ale pyta przy okazji - "a Ty dałbyś swojej żonie samochód prowadzić…"? Ja bym nie dał. Sam się źle czuję jeżdżąc tutaj samochodem. Jeddah, to - z punktu widzenia motoryzacji - dzikie miasto. Nie wiem czy jakikolwiek pasjonat samochodowy powiedziałby, że jazda samochodem sprawia mu tu frajdę. Ale wracając do kobiet…

Jest jeszcze jeden horyzont dyskusji zróżnicowania płciowego na drogach krajowych - kobieta prowadząca samochód traci przywilej "bycia wożoną". I jak popatrzeć na to z tego punktu widzenia, to można się doszukać pewnej zależności - mąż, który musi wozić żonę po sklepach/rodzinie/znajomych/centrach rozrywki wieczorami, nie ma czasu na szukanie kolejnej żony, którą będzie się już mógł zajmować w wolnym czasie (a jak wiadomo, Szariat dopuszcza posiadanie do czterech żon). Ma to sens?

Z drugiej jednak strony, nie mając samochodu w Arabii Saudyjskiej to trochę jak bez ręki. Jest się zdanym na łaskę taksówkarzy, bo transportu publicznego jako takiego po prostu nie ma. A taksówkarze to w 99% obywatele trzeciego świata, którym brak obycia w kontaktach z saudyjskimi kobietami (często kobiet wozić po prostu nie chcą), czy też powodują niezdrowe sytuacje na tle płciowym (Women tell tales of taxi drivers). Sytuacja trochę bez wyjścia - bo społeczeństwo po prostu nie jest jeszcze gotowe na kobiety za kółkiem. Podobnie z resztą jak nie jest gotowe na kobiety w samolotach, kobiety w szpitalach, kobiety w sklepach, kobiety w szpilkach. I co ciekawe, termin "kobieta" najwyraźniej nie obejmuje tutaj Azjatek, których jest tu pełno w zawodach, do których pełnienia "te prawdziwe" przedstawicielki płci pięknej gotowe nie są.

Moja szefowa ma prawo jazdy i samochód. I szofera. Wszystkie kobiety u mnie w firmie mają prawo jazdy (amerykańskie, europejskie, czy to z Qataru, Kuwejtu lub UAE). I żadna nie tęskni za koniecznością prowadzenia samochodu na drogach Rijadu czy Dżuddy. Bo to żadna przyjemność. Sam jeżdżę tylko, kiedy muszę.

wtorek, 28 maja 2013

It's more fun in the Philippines (part II)

Dzień zaczął się bardzo wcześnie - musieliśmy zebrać się jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć na samolot w oddalonym o ponad 100km mieście Naga. Pobudka, pakowanie, podróż zamówioną wcześniej taksówką do portu w Caramoan - załadunek na małą (szybszą tym razem) łódkę i 2 godziny przy dźwiękach diesela kołysząc się na fali zatoki Lagonoy. Wschód słońca był po prostu obłędny:



Kolejna godzina w ciasnym busie i byliśmy na lotnisku. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że lot do Manili będzie chwilę opóźniony, ale to nie problem, bo nasze połączenie do Boracay zostało odwołane. Z uśmiechem na ustach czekaliśmy na żółty samolot Cebu Pacific. W Manili zaczęły się schody - samolotu nie ma, następny dopiero za dwa dni, w ogóle to o nas zapomnieli. Żona zrobiła straszny raban. W ich języku. Hala odlotów lotniska krajowego w Manili jest wielka, głośna, zatłoczona i nieklimatyzowana, toteż o awanturę nie trudno.

Po pół godzinie negocjacji udało się załatwić połączenie do oddalonego o 1,5 godziny taksówką od Boracay lotniska Kalibo. Plus cztery vouchery na bilety krajowe w ramach rekompensaty za stracony dzień cennych wakacji!

Do hotelu dotarliśmy późnym wieczorem. Nie było już ani czasu, ani sił na zwiedzanie plaży. Plaża była rano - po śniadaniu.



I nie wiem co jeszcze mogę dodać - piękny, biały piasek (za którego wywożenie grozi kara więzienia!), czyste niebo, trzy kilometry czystej plaży i pełno turystów. Każdy hotel ma wydzielony swój kawałek plaży. Niezliczona ilość restauracji, barów, sklepów i ośrodków turystycznych oferujących wszystkie znane ludzkości aktywności rekreacyjne - od quadów, przez wycieczki motorówkami, skutery wodne, kitesurfing, bungee… a dla spragnionych ciszy - cień Cocos nucifera na leżaku i dobra książka.

Oceńcie sami:











Raj na ziemi? Polecam, bo warto. Pogoda gwarantowana, ludzie uśmiechnięci (choć nie na leży przesadzać z zaufaniem i mieć na oku swój dobytek). Szkoda tylko, że tak strasznie daleko tam jest (GMT+8).